poniedziałek, 1 lutego 2016

Róże karnawałowe

Z uwagi na to, że już niedługo tłusty czwartek od ubiegłego tygodnia rzuciłam się w wir przygotowywania wszelkich niekoniecznie zdrowych pyszności. Trwałoby to pewnie jeszcze długo, gdyby nie parowar, który przyszedł dzisiaj i ochłodził mój zapał do tłustych potraw w zamian proponując ziemniaczki z marchewką i mięskiem na parze. Wracając do minionego szału, to w efekcie powstały róże karnawałowe. Zdjęcie niestety przedstawia tylko ocalałe trzy sztuki. Reszta zniknęła natychmiast popita ulubioną kawą z cykorią ;-)
Składniki:
  • 2 szkl mąki
  • 5 zółtek
  • małe opakowanie śmietany 18 % (około 5 dużych łyżek)
  • łyżka spirytusu
  • szczypta soli
  • szczypta cukru
  • marmolada

Składniki oprócz marmolady mieszamy, wyrabiamy ciasto, jeśli jest potrzeba dodajemy więcej mąki.Zagniecione ciast rozwałkowujemy i wycinamy po trzy krążki różnej wielkości na każdego kwiatka (użyłam małej miseczki, szklanki i kieliszka). Każde kółko nacinamy w kilku miejscach. Następnie kółka składamy jedno na drugim tak, aby nacięcia nie pokrywały się i dociskamy mocno środek. Przygotowane kwiatki smażymy na głębokim oleju wkładając najmniejszym kółkiem do spodu. Wyjmujemy i osączamy z nadmiaru tłuszczu. Podajemy posypane cukrem pudrem z kleksem marmolady na środku.

czwartek, 14 stycznia 2016

Z kuchni babci - goły

W internecie znalazłam masę przepisów na coś podobnego do tego, co chciałam odtworzyć. Najczęściej potrawy te nosiły nazwę kartacze albo cepeliny. Ja z dzieciństwa pamiętam jeszcze robione przez już wtedy leciwą babcię goły. Najczęściej nie były one nadziewane, podawane ze skwarkami, albo z ryżem gotowanym na mleku. Ja uwielbiałam te krojone na mniejsze kawałki i odsmażane następnego dnia. Dzisiaj wreszcie zdecydowała się zrobić je sama i chociaż trochę czasu mi to zajęło, to efekt przypominał właśnie tamte goły z dzieciństwa.

Składniki:
  • 3kg ziemniaków
  • boczek 

Ziemniaki obieramy, 1 kg gotujemy do miękkości w mocno osolonej wodzie. Ostudzone przeciskamy przez praskę. Pozostałe ziemniaki ścieramy na tarce o drobnych oczkach. Utarte ziemniaki dokładnie odciskamy. Ja w tym celu użyłam porządnej tetrowej pieluchy. Czekamy aż odciśnięty płyn się ustoi. Delikatnie odlewamy płyn. Ziemniaki przeciśnięte przez praskę, utarte i odciśnięte oraz skrobie pozostałą na dnie miski łączymy i mieszamy. Z dokładnie wymieszanej masy formujemy niewielkie wałeczki i gotujemy kilka minut od wypłynięcia w osolonej wodzie. Podajemy ze skwarkami.

środa, 13 stycznia 2016

Jakie ubranka królują w szafie Mikołaja

Nie wiem czy to źle, czy dobrze, ale od kiedy urodził się Mikołaj, a może nawet kiedy była w ciąży znienawidziłam śpiochy i pajacyki. Do spania zakładam maluchowi półśpioszki i bodziaki, a w ciągu dnia najczęściej body i dresy, chociaż i eleganckie koszule i spodnie też znajdą się w jego wcale nie małej garderobie. Każdy mówi, że mając drugie dziecko tej samej płci jest już o wiele łatwiej, bo przecież pozostają ubranka po starszaku. U nas prawda jest zgoła inna. Większość ubranek po Pawełku raz nie zgrywa się porą roku (Mikołaj wrzesień, Paweł kwiecień), dwa mają zupełnie inną urodę i pasują im inne rzeczy i inne kolory, trzy część ubrań zwyczajnie już mi się nie podoba. Oczywiście kupując rzeczy dla chłopaków mam swoje ulubione. Muszę przyznać, że chociaż zachwycają mnie niektóre ubranka z Zary Mikołaj póki co nie ma ani jednaj rzeczy tej marki. Hitami w naszej szafie są:


  1. F&f - najwięcej ubranek malucha jest pod znakiem tej właśnie marki. Co ciekawe dodam, że nie tylko jeśli chodzi o zakupy dokonywane przeze mnie są one numerem jeden, ale także zdecydowanie biją na głowę wszystkie inne w kwestii otrzymywanych prezentów. Jak dla mnie są całkiem dobrej jakości, tam gdzie mamy do czynienia z zapięciami na napy są one solidnie wykonane. Nie zdarzyło mi się do tej pory by jakieś ubranko straciło kolory, zmechaciło się. Jedyne do czego mogę się ewentualnie przyczepić, to rozciąganie po praniu niektórych ciuszków, ale to też w kilku przypadkach. Na zdecydowaną korzyść tej marki przekłada się to, że zwyczajnie do Tesco mam póki co blisko, a lubię dotknąć, zobaczyć na własne oczy. Podobają mi się wzory, kolorystyka, mówią do mnie "kup mnie", co rzadko za to mogę powiedzieć o ubraniach dla dorosłych tej marki. Poza tym o ile dla mojego M kupuję tam jakieś koszule czy spodnie, tak na mnie najczęściej wszystko jest za duże. Tak czy inaczej ciuchy dla chłopaków bardzo lubię tam kupować.
  2. H&M - tutaj sprawa jest nieco bardziej złożona, bo ubranka tej firmy kupuję, kiedy faktycznie chcę coś kupić, a nie kiedy natknę się na nie przy wizycie w sklepie po coś zupełnie innego. Zamawiam głównie w sklepie online, tym bardziej jest to zachęcające zważywszy na to, że cena wysyłki za pobraniem to niecałe 6 złotych. Ubrania są rewelacyjne, jestem zadowolona z jakości, jak i z dostępnych wzorów, w których Mikołaj wygląda jak dla mnie fantastycznie. Psują mu zarówno kolory, jak i fasony, czego nie mogę powiedzieć o Pawle, któremu szczególnie do twarzy w żywych nasyconych barwach, a tych tam jednak zdecydowanie mniej.
  3.   Pepco - często kuszą mnie dostępne tam ubranka, szczególnie te niemowlęce. Ciekawe wzory, bardzo fajne kroje ubranek, duża różnorodność. Niestety nie jestem już tak zachwycona jakością, czasem udaje mi się kupić coś fajnego, nie mogę się jakoś szczególnie doczepić do body, ale niestety już półśpioszki, które mój M zakupił Mikołajkowi kiedy jeszcze leżałam w szpitalu są na tyle zmechacone, ze po kilku użyciach mogą tylko lądować w piecu, to samo niestety tyczy się często ubrań kupowanych Pawłowi. Tak czy inaczej ich też mamy w szafie całą masę.
  4. Ubranka handmade - te lubię szczególnie. Najczęściej zamawiam wybierając konkretny materiał i dodatki jeszcze przed uszyciem. Cieszy mnie fakt, że robione są z myślą o moich dzieciakach i najczęściej są jedyne w swoim rodzaju. Ostatnio odnalazłam panią, która całkiem niedaleko tworzy prawdziwe cuda. Jestem nimi zachwycona i już myślę o kolejnych zamówieniach.

wtorek, 12 stycznia 2016

Sałatka pieczarkowa


Spróbowałam wielu sałatek, które mają w składzie pieczarki, jednak kiedy mówię sałatka pieczarkowa - myślę konkretnie ta właśnie, a nie inna sałatka pieczarkowa. Nie zawiera wielu składników, ale smak do mnie przemawia, jak żadnej innej sałatki z pieczarkami.

Składniki:
  • 1 kg pieczarek
  • masło
  • 7 jajek
  • 3 jabłka
  • puszka kukurydzy
  • puszka groszku
  • duży por
  • mały majonez (u mnie jak zawsze Kielecki)
  • pieprz i sól
 
Pieczarki kroimy w kostkę, dusimy na maśle aż do odparowania tłuszczu. Jajka gotujemy na twardo, kroimy w kostkę. Jabłka obieramy, pozbawiamy gniazd nasiennych, kroimy również w kostkę. Pora kroimy w drobną kostkę, sparzmy. Wszystkie składniki mieszamy, dodajemy majonez, pieprz i sól.
Ja zawsze robię podwójną porcję ;-)

wtorek, 5 stycznia 2016

Chrzciny w domu, czy w lokalu?

Za nami jedno z najważniejszych (chociaż on jeszcze o tym nie wie) wydarzeń w życiu Mikołaja, a mianowicie chrzest. Z wyborem daty trafiliśmy akurat na najtęższe mrozy, co przepowiedziała 2 miesiące wcześniej babcia męża, niestety z liczbami w totka już tak dobrze jej nie idzie :-( Druga sprawa, że maluch w piątek wieczorem nam zachorował i po wizycie na pogotowiu skończyło się zastrzykami. Ogólnie mówiąc był komplet: temperatura oscylująca w okolicach minus 20 stopni i zastrzyki dwa razy dziennie. Mikołaj zniósł wszystko nadzwyczaj dzielnie. Zapłakał moment po wejściu do kościoła, by chwilę później błogo zasnąć. Kiedy ksiądz donośnym głosem zwrócił się do niego "Mikołaju, Stanisławie" otworzył oczyska, które przybrały wielkość niemalże monety pięciozłotowej i tak już pozostał prawie do końca chrztu, nawet spora ilość wody wylana na maleńką główkę nie stała się powodem do płaczu. Po chrzcie udaliśmy się na przyjęcie i tu zaczyna się właściwa część tematu.
Chrzest pierwszego syna odbywał się w lipcu, Młody miał wtedy niecałe trzy miesiące i był już karmiony wyłącznie butlą, a co za tym idzie nie uwieszony na matce i zdany tyle na nią, co i na ojca. Przyjęcie przygotowaliśmy w domu, nawet przez moment do głowy nie przyszło mi, że może być inaczej. Tym razem to właśnie ta opcja przez myśl mi nie przeszła. Nie każdy oczywiście się ze mną zgodzi, ale z mojego punktu widzenia, biorąc pod uwagę, że zasmakowałam już i tego i tego stwierdzam, że dla mnie bezapelacyjnie wygrywa przyjęcie w lokalu.
  1. Jak to mówią "wchodzę z torebką, wychodzę z torebką", nie ma masy przygotowań, biegania po sklepach i zamartwiania się, czy wszystkie potrawy wyjdą idealnie.
  2. Większość komentarzy dotyczących przewagi przyjęcia w domu powołuje się na koszty. Stwierdzam, że faktycznie organizacja przyjęcia w lokalu wyniosła nas drożej, natomiast jeżeli ktoś chciałby pozostać przy dwóch daniach głównych i torciku z kawką pewnie cena byłaby bardzo przystępna. Druga sprawa nie wiem jak u was, ja zapraszając gości zazwyczaj ze zgrozą stwierdzam, że zawsze czegoś z zastawy brakuje i zaczyna się maraton po sklepach, bo na przykład sztućce giną u nas w jakiś nieznany, magiczny sposób.
  3. Brak miejsca w domu. Nawet, gdybym chciała w tej chwili nie miałabym gdzie w swoim domu przygotować przyjęcia dla około 20 osób.
  4. Kolejny argument podawany jak sprzeciw wobec imprez w lokalach, to to, ze maluchowi będzie lepiej w domu. Śmiem twierdzić, że zarazki, których tak się większość obawia zostaną przez gości przyniesione zarówno do lokalu, jak i do domu. Miki jest zabierany z nami wszędzie, tak że i nie czuł się nieswojo, nie był nader marudny, a momentami cieszył się, szczególnie, kiedy zagadywały do niego ładne ciocie. Mieliśmy też dla siebie całą salę, gdzie mogłam nakarmić, przewinąć, czy powozić wózkiem Mikołaja, albo po prostu posiedzieć chwilkę w ciszy. 
  5. Jeśli chodzi o matki, które karmią - latanie, przygotowywanie wszystkiego z małym ssakiem to dla mnie ogromny dyskomfort, samo wyliczanie, kiedy przygotować np poszczególne elementy ciasta, żeby wbić się między karmienia nie lada wyczyn.
  6. Można oczywiście zamówić do domu catering, ja ze względu na punkt 3 nie brałam takiej opcji pod uwagę, ale kolejna przewaga przyjęcia organizowanego w lokalu - brak sprzątania i mycia garów po. 
Taki jest mój punkt widzenia, co nie znaczy, że nie poczytam również chętnie, jeżeli ktoś ma jakieś fakty popierające opcję przyjęcia w domu.




wtorek, 29 grudnia 2015

Lekkie sałatki po świątecznym objadaniu

Zwykle po świętach przychodzi okres, kiedy mamy już dosyć ciężkiego jedzenia, ciast i sałatek ociekających majonezem. Szczerze przyznaję, że w tym roku moim poświątecznym marzeniem był żurek, a Sylwester upłynie pod znakiem pizzy. Prawdą jest też bez wątpienia, że lekką sałatką nie pogardzę nigdy. Oto dwa przepisy, które sprawdzają się u nas rewelacyjnie, a przygotowanie zajmuje parę chwil.

Lekka sałatka z kurczakiem

Składniki:
  • sałata
  • ogórek szklarniowy
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • cebula czerwona albo sałatkowa
  • około pół kilograma piersi z kurczaka 
  • przyprawa kebab-gyros
  • mały jogurt grecki lub naturalny
  • 2 łyżki majonezu (u nas Kielecki)
  • odrobina przyprawy Tzatziki

Liście sałaty dzielimy na małe kawałki. Pierś z kurczaka kroimy w kostkę, mieszamy z odrobiną oleju i przyprawą do gyrosa, następnie odstawiamy do lodówki na pół godziny i smażymy. Ogórka kroimy w większą kostkę, cebulę w piórka, pomidorki na pół. Wszystkie składniki mieszamy.


Jogurt mieszamy z majonezem i przyprawą, polewamy sałatkę - gotowe ;-)

Ulubiona sałatka z tuńczykiem

Składniki:
  • opakowanie mix-u sałat z rukolą
  • 2 puszki tuńczyka w sosie własnym
  • opakowanie sera sałatkowego półtłustego
  • pomidory (ilość według uznania)
Do miski wsypujemy sałaty, dodajemy tuńczyka wraz z zalewą, pokrojony w kostkę ser i pokrojonego w kostkę pomidora. Ciężko o szybszą w wykonaniu sałatkę, a efekt jest pyszny.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Witaj cukrzyco - żegnaj spokoju

Zawsze wydawało mi się, że w cukrzycy najgorsze jest podawanie sobie insuliny. "Coś okropnego" - myślałam i byłam przekonana, że sama za skarby świata nie byłabym w stanie sobie jej zaaplikować. Życie, jak zwykle wszystko zweryfikowało, mało tego, że cukrzyca przyplątała się nieproszona, to okazało się, że absolutnie nie iniekcje były moją najgorszą zmorą.
W ciąży z Mikołajem ogólnie czułam się znacznie gorzej. Proste sprawy na które w ciąży z Pawłem nie zwracałam uwagi i wykonywałam machinalnie stały się nie do przebrnięcia. Już pod koniec kwietnia uskarżałam się lekarzowi prowadzącemu na to, że jest mi ciężko dotrzeć na wizytę. Po drodze musiałam się zatrzymywać kilkakrotnie, bo było mi słabo. W poprzedniej ciąży na trzy dni przed porodem, z ogromnym brzuchem wytrzymałam godzinę w kościele, teraz nie chodziłam tam wcale. Kilka minut i ledwie pełzłam zielona na twarzy poszukując na zewnątrz miejsca by usiąść i złapać oddech. Ginekolog od razu podejrzewał cukrzycę, z testem obciążenia kazał jednak zaczekać.
Im dalej tym czułam się znacznie lepiej, dolegliwości znacznie się zmniejszyły i kiedy odbierałam wynik testu obciążenia glukozą byłam niemal pewna, że wszystko jest OK. Czym miałam się przejmować, przecież byłam już w ciąży i żadna cukrzyca mnie nie dopadła, a i samopoczucie było już znacznie lepsze. Wynik nie budził zastrzeżeń, cukier na czczo 67, czyli nawet poniżej normy, ale za to cukier po godzinie i po dwóch ponad normy. Nie było to jakoś bardzo wiele ponad normę, ale jednak, wyciągnęłam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu i już za dwa dni zgłosiłam się do poradni diabetologicznej.
Od razu dostałam glukometr, na początek bez recepty na paski, których cena była powalająca, książeczkę, w której miałam zapisywać pomiary, pobieżne zalecenia dotyczące diety i instrukcje korzystania z tych wszystkich dobrodziejstw, z tym, że przy wymianie lancet i tak korzystałam z instrukcji na You Tube.
*Glukometr i paski na zdjęciu nie są tymi, których używałam podczas ciąży

Tak upłynął mi tydzień, dziwny tydzień, kiedy okazało się, że mój organizm szaleje podnosząc niebotycznie poziom glukozy we krwi po każdym możliwym pieczywie. Szukałam wyjścia, eliminowałam, chociaż czasem okazywało się, że coś, co podnosić cukru nie powinno windowało go w górę, a inny produkt teoretycznie niewskazany trzymał go na prawidłowym poziomie. W czerwcu, kiedy truskawki kusiły, czereśnie wołały do mnie "jedz nas" mnie pozostawało patrzenie i zastanawianie się jak to możliwe, że w czasie, kiedy powinnam spełniać swoje zachcianki ja muszę zrezygnować nawet z tego, czym do tej pory mogłam raczyć się do woli. Tydzień minął, poznałam uroki kucia się kilka razy dziennie, odliczania kalorii i planowania każdego posiłku. Zaprzyjaźniłam się z glukometrem i zaczęłam walczyć z pojawiającą się już kilkakrotnie w ciągu tych paru dni hipoglikemią, która mogła być dla malucha gorsza, niż wysoki poziom glukozy. Niedocukrzenie u mnie nie pojawiało się powoli, dając pierwsze nikłe objawy, zjawiało się nagle i momentalnie prawie nic nie widziałam, po około pół godziny od podniesienia poziomu cukru zaburzenia wzroku ustępowały, ale strach o dziecko pozostawał.

Na kolejnej wizycie dostałam receptę na paski, oraz na paski do mierzenia obecności ketonu w moczu, który mógł świadczyć o niedożywieniu. Keton faktycznie pojawił się 6 razy, przy czym raz w towarzystwie zbyt wysokiego poziomu cukru, ale to już było nieco później. Katowałam się dietą rezygnując z masy produktów, a cukier mimo wszystko robił swoje i tak oto 16 lipca musiała zaprzyjaźnić się z kimś jeszcze, kogo panicznie się obawiałam, pojawiła się insulina. Początkowo w niewielkich dawkach do śniadania, do kolacji i długo działająca podawana o 22:00, która miała unormować glukozę na czczo. Dawki powoli się zwiększały aż do końca ciąży, na szczęście pozostając przy przyjmowaniu tylko trzy razy.
Pierwsze ukłucie - dziwne uczucie, bierzesz igłę i wbijasz w ciało, później okazuje się, że wcale nie jest tak źle, okazuje się nawet, że przy umiejętnym podaniu wstrzyknięcie boli mniej niż ukłucie palca do badania, chociaż palce po miesiącu kłucia minimum 6 razy każdego dnia też przestały cokolwiek odczuwać. W końcu okazało się, że dieta była dla mnie znacznie większym ograniczeniem niż stosowanie insuliny. W ciągu całej ciąży moja waga zwiększyła się o 4 kilogramy, przy czym Mikołaj ważył 3,800 gram.

Grunt to dobry diabetolog i nie przejmujcie się, jeżeli i was to dopadnie. Jeśli ktoś miałby kiedyś jakiekolwiek pytania chętnie opowiem.