sobota, 29 listopada 2014

"Wielka wyprawa Świętego Mikołaja. Historia prawdziwa" - czyli esencja świąt w książce

Już w dawno, po przeczytaniu jakiejś pochlebnej opinii wzięłam się za szukanie tej książki i trwało to dość długo, ale było warto. W kwietniu staliśmy się posiadaczami tego cuda pod tytułem "Wielka wyprawa świętego Mikołaja. Historia prawdziwa" wydanej przez wydawnictwo DEBIT. Akurat nasz egzemplarz jest z 1996 roku. Młody książki jeszcze nie widział, już za tydzień dostanie ją do rąk własnych dzięki uprzejmości Świętego Mikołaja. Książka opowiada cudowną historię, która pozwala wyjaśnić skąd wziął się Święty Mikołaj. Na początku poznajemy zwykłego, aczkolwiek dobrotliwego staruszka, który w miarę upływu czasu przeradza się na kartach księgi w prawdziwego Świętego Mikołaja, wraz z nim zmienia się także książka, piękna już na wstępie w miarę rozwoju akcji staje się bajecznie kolorowa i maksymalnie świąteczna. Część opowieści napisana jest prozą, pod koniec mamy wierszowany kawałek o nocy wigilijnej i skradającym się Mikołaju. Całą historię spisał, co niezwykle ważne sam Elf Skryba, a o słowo wstępne pokusił się Święty Mikołaj we własnej osobie, a jakże. Nawet gdybyśmy szukali bardzo długo, nie znajdziemy w książce ani słowa, które mogłoby podważyć powyższe autorstwo. Zapomniałabym, jakby tego było mało ilustracjami opatrzył całość zespól elfów. Historia jest dość długa i z pewnością można podzielić ją na kilka dni miłej lektury. Książka, jak dla mnie idealna na czas przed świętami Bożego Narodzenia i podejrzewam, że to pierwszy, ale nie ostatni rok, kiedy wprowadzi naszą rodzinę w świąteczną atmosferę. Sądzę, że "Wielka wyprawa Świętego Mikołaja" ma wszystkie atrybuty, aby stać się naszą tradycją bożonarodzeniową.




czwartek, 27 listopada 2014

Moja i twoja rodzina

Wieczorem miałam się pokusić o post na temat bombek z tasiemek, albo dać dzisiaj spokój i już miałam wybrać to drugie, ale co mi tam - skoro Młody i Duży oglądają zacne
"Pingwiny z Madagaskaru", a mnie one przyprawiają ostatnio o nieposkromioną senność zaryzykuję i nakreślę nowe. Pomysłów o czym bym chciała napisać, czasem raczej wyżalić się nawet masa. W czym tu wybierać i po research w głowie stwierdzam, ze najlepiej dzisiaj się pozbyć poniższych przemyśleń. Kiedy wychodziłam za mąż i długo, długo potem, a właściwie prawie do nadal mimowolnie, a czasami nieco świadomie dokonywałam podziału na rodzinę moją i męża. Parę przykładów? A proszę bardzo - powiedzmy, że rozmawiamy we dwoje na jakiś temat, zdawałoby się wspólny i oczywiście ja zawsze musiałam wyskoczyć z tekstem, "bo w mojej rodzinie..., a twoja...", kolejny z wielu przykładów, w luźnych rozmowach z rodziną, ze znajomymi, rzadko, a może wcale nie padały słowa teść, teściowa itd, zazwyczaj "mama Mirka, tata Mirka". W sumie ja się do tej rodziny szczególnie nie pchałam, nie należę do tych, które faceta się rękami i nogami trzymają, ani też do tych które przyszłej rodzince nie stronią od ochów i achów (tym bardziej, że już naoglądałam się dziewczyn, które mówiły "moja teściowa", a jakoś do ślubu nie doszło). Nie zaprzeczę natomiast, że staram się być miła. Dopóki ktoś nie zajdzie mi za paznokcie na łagodne i przychylne nastawienie liczyć może i owszem. Niestety czasem przychodzą takie chwile, że czar pryska i chciałoby się powiedzieć wisi mi to, czemu to ja mam wyciągnąć rękę, skoro mam rację, może jestem pyskata (ba na pewno jestem), ale wiem, że tylko tyle mogę mieć sobie do zarzucenia. W zasadnej sprawie urazę chowam długo, ale w końcu przychodzi taki moment, że myślę, co mi to da, poza tym, że moja duma nie ucierpi mogę więcej stracić niż zyskać. Ale wracając do tematu głównego, ciężko było mi się przestawić z mojej rodziny na naszą. Męża owszem zaakceptowałam, ale nie myślałam nigdy o kupowaniu całej reszty. Ktoś kiedyś mi powiedział, że "kiedy bierzesz stół, bierzesz też nogi stołowe". Dziwne to było powiedzonko, ale racji było w nim wiele, tylko może dostrzegłam to trochę zbyt późno? Chyba nigdy nie jest za późno. Powoli zaczyna do mnie docierać, że to także moja rodzina. Długo - pięć lat oswajania się z tą myślą. Ale, kiedy bierzesz ślub, tym bardziej, kiedy bierzesz ślub i praktycznie prawie nie znasz przyszłych teściów, czy rodzeństwa męża nie myślisz o nich, wypierasz fakt, że oni także będą twoją rodziną i myślisz, że łączysz swoje życie z tym jednym, jedyny i z nikim więcej, chociaż w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. W tym momencie jestem w stanie określić tę rodzinę, jako naszą, być może za sprawą Młodego, który cementuje całość uwielbiając wszystkich, w szczególności sporo młodszą siostrę męża. Dlatego jeśli świadomie dokonujemy takich podziałów, to spróbujmy przemyśleć to i może spróbować zmiany, bo być może krzywdzimy tym kogoś i nawet tego nie dostrzegamy.

Kupię wszystko, co wpadnie mi w ręce

Grudzień nadchodzi wielkimi krokami, z niecierpliwością czekam na śnieg, chociaż jeszcze trochę wytrzymam (Młody już nie długo). Sklepy, jak z resztą co roku zwariowały i moment po Wszystkich Świętych zarzuciły nas Bożym Narodzeniem, a w niektórych już kupując świeczki widziałam czekoladowe Mikołaje. Ja należę do tych, którzy Boże Narodzenie uwielbiają, celebrują i niestety zakupują masę ozdób  i przygotowują nadmiar jedzenia wyrzucanego zaraz po świętach. Już wczoraj nie mogłam oderwać oczu od paru - właściwie to pierdół i tym oto sposobem stałam się szczęśliwym nabywcą migającej ledowej choinki, świątecznej tacy, bajecznej dziewczynki w czerwonej sukieneczce oraz masy wstążek i styropianowych kulek oraz dzwonków, które mają posłużyć do zrobienia bombek karczochów.No cóż, mnie już chyba w kwestii kupowania wszelkiego rodzaju świątecznych bibelotów, obrusów, bieżników, firan i rzecz jasna ozdób choinkowych, och zapomniałabym i książek, nic nie pomoże, najprawdopodobniej jestem uzależniona. A teraz już tak całkiem serio, co zrobić, żeby nie spłukać się na święta? Wystarczy zachować umiar, cóż łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Każdy z nas ma do dyspozycji inną pulę pieniążków, ale jedno jest pewne - ci, którzy mogą wydać niewiele, tak, jak ci których budżet jest całkiem zasobny potrafią przesadzić. Oto kilka zasad, jak nie zwariować:
  1. Planuj. Wychodząc na zakupy zwykle wcześniej przygotowuję listę, na której uwzględniam wszystkie pozycje, jakie przyjdą mi do głowy, a przydadzą się w domu. Zawsze listę dzielę pod względem miejsca zakupu przedmiotów. Na przykład najpierw będę powiedzmy na targu więc piszę najpierw te rzeczy, które mam tam do zakupienia, następnie jakieś sklepy spożywcze, później powiedzmy odzieżowe, czy AGD, zależnie od tego, gdzie w jakiej kolejności się wybieram. Kolejna sprawa staram się dokonać małej wizualizacji sklepu i wypisuję rzeczy w takiej mniej więcej kolejności, w jakiej będę je mijać na półkach. Chociaż zwykle bardzo się staram, to oczywiście nie sposób uniknąć wydatków spoza listy, przynajmniej w moim przypadku.
  2. Nie przesadzaj. Przygotowując na przykład listę dań przemyśl, czy na pewno potrzeba ich takiej ilości. Ja mam osobiście nadzieję, że przynajmniej w tym roku niewiele się zmarnuje.
  3. Nie daj się nabrać na promocje. Często kupujemy rzeczy, które nawet do głowy by nam nie przyszły, gdyby nie "ogromna" promocja, jaką są objęte. Zazwyczaj rzeczy te okazują się po zakupie zupełnie zbędne. 
  4. Spróbuj sama. Wiele ozdób; stroików, bombek, łańcuchów można wykonać samodzielnie i wcale nie muszą wyglądać gorzej niż te sklepowe, ba mogą prezentować się znacznie lepiej. Niestety finansowo zazwyczaj nie nadrobimy przygotowując własnoręcznie potrawy, bo gotowe dania z marketów wypadają znacznie taniej, ale radość przygotowania posiłków dla bliskich i ich niepowtarzalny smak na pewno warte są i czasu i kosztów.
  5. Nie przesadzaj z eksperymentami. Pamiętam któreś z naszych świąt po ślubie, drugie albo trzecie, mniejsza z tym; wymyśliłam bardzo ambitne świąteczne menu i... mąż nie był zachwycony w efekcie większość rzeczy popsuła się. Nie chodzi tu o to, że coś mi nie wyszło, to najzwyczajniej nie były nasze smaki. Od tamtej pory przygotowuję jedną, dwie potrawy nowe, a reszta jest wypróbowana. 
Pomysłów jest na pewno znaczne więcej, to tylko kilka moich, do których staram się stosować.

wtorek, 25 listopada 2014

Czyli jest u nas już prawie patologia...

Dzisiaj w pewnej rozmowie, z pewną mamą jedynaka (mama ma około 25 lat) padły słowa, które mnie w tej chwili trochę dziwią, a w pierwszym momencie maksymalnie zaskoczyły, tak, że nie wiedziałam co powiedzieć. Otóż rozmawiając o dzieciach ta bądź, co bądź zwykle sympatyczna osoba z którą w wielu rzeczach się zgadzam stwierdziła iż cytuję; "dwoje dzieci u matki w tym wieku kojarzy mi się z patologią". No i tu właśnie nieco mnie zamurowało. Co to znaczy patologia? Bo zaczynam się gubić. Na pewnym forum dla rodziców o sympatycznej nazwie, którą powinno się raczej zmienić na "chodź, obrzućmy wszystkich błotem dla zabawy" czytałam już podobne opinie, że wiek na to by mieć dzieci nadchodzi po trzydziestce, a te które mają dzieci wcześniej muszą strasznie nieszczęśliwe być z tego powodu. Ja uważam, że dzieci ma się wtedy, kiedy czujemy, że to odpowiedni czas i nie ważne, czy mamy lat 20, czy 35, skoro właśnie w tym momencie czujemy, że nadszedł ten czas, a kiedy dziecko przychodzi na świat nie żałujemy i umiejętnie, z dużą dawką miłości się nim zajmujemy. Są i takie kobiety, które instynktu macierzyńskiego nie czują i w tym przypadku czemu ktoś ma im tłumaczyć jak źle postępują itd itp, ich wybór i nikomu nic do tego, nie każdy musi być uszczęśliwiony z tych samych powodów. Ja, w tej chwili prawie 26-latka, w wieku 20 lat podjęłam jedną z najlepszych decyzji w moim życiu biorąc ślub ze wspaniałym mężczyzną, jaki jest teraz z dzieckiem w drugim pokoju, a mając 22 lata zostałam mamą wspaniałego chłopca, którego kocham, jak nic na świecie. Za młoda na matkę? Być może dla kogoś tak, ale co mnie to obchodzi, skoro ja poczułam, że to jest ten czas, że tego właśnie chcę świadomie podejmując decyzję o macierzyństwie, której nie żałowałam nawet przez ułamek sekundy. Już w gimnazjum uwielbiałam matkować młodszym dzieciakom, zawsze lubiłam prowadzać za rękę do domu siostrę koleżanki, może to dla tego, że sama siostry nie miałam, z resztą brata też nie. Dziś, jako mama poczułam się jednak trochę dotknięta, bo dlaczego ktoś dojrzały emocjonalnie do tego, by być rodzicem, gotowy finansowo nie może mieć dwójki dzieci w tym wieku? Idąc dalej skoro mam niespełna 26 lat, trzy i pół letniego syna i  gdzieś w planach rodzeństwo dla niego to jestem na granicy patologii? Czy nasze społeczeństwo aż tak wariuje, że to, co jest zupełnie normalne uważamy za dewiacje? Czy może pora wziąć w rękę którąś z mądrych książek i walnąć parę razy delikwenta, żeby wiedza weszła do głowy? Nie wiem, chyba nie mnie to osądzać. Ostatnio też nasłuchałam się o patologii u rodzin wielodzietnych, o czym już przeczytałam dzisiaj fantastyczny post u Wiolety Galla, w którym jestem zakochana od pierwszego wejrzenia. Nikt nie zwraca uwagi na ogrom miłości, świetną sytuację materialną, masę plusów wielu takich rodzin, tylko ładuje je do jednego wora nazywając odchyleniem, może i tak, może takie rodziny nie są modne, ale ja dziękuję za taką modę, w której to, co byłoby naprawdę pożądane, o ile nas stać emocjonalnie i materialnie jest przez nas odrzucane. Ogólnie uważam, że negatywne opinie na wszelkich forach itd. piszą widocznie osoby niezadowolone ze swojego życia, bo inaczej nie mogę wytłumaczyć sobie plucia jadem po wszystkim dookoła.

Za co mnie kochasz? - czyli o miłości bezwarunkowej

Gdyby ktoś zapytał mnie za co kocham mojego męża nie potrafiłabym odpowiedzieć. Logiczne jest, że dziecko kocha się miłością bezwarunkową. Kiedy jest małe bez względu na to, czy jest grzeczne, czy nie, kiedy jest starsze bez względu na to czy się uczy rewelacyjnie, czy też powiedzmy mniej, kiedy dorośnie bez względu na to, czy podejmowane przez niego decyzje są takie, jakich byśmy od niego oczekiwali. Może są jakieś odstępstwa od reguły, ale na ogół tak właśnie jest. A jak to jest z mężem? Za co ja go kocham? Odpowiedź brzmi nie za co, ale mimo co. Mimo rozlicznych wad, mimo niezgodności, mimo problemów, jakie sam sobie czasem stwarza. Kocham moje duże dziecko MIMO WSZYSTKO. Kiedyś - ponad 5 lat temu - powiedziałam słowa przysięgi, w której skład wchodziła regułka "aż do śmierci". Nie umiem powiedzieć, że tak właśnie będzie. Za naiwniaków uważam tych, którzy są tego w stu procentach pewni - pewni, że będą ze sobą przez całą resztę życia. Ja mogę powiedzieć, że zrobię wiele, aby tak było, że kocham, że nie wyobrażam sobie życia z kim innym u boku, ale gwarancji dać nie potrafię. Mimo krótkiego stażu naszego małżeństwa i tak mogę stwierdzić, że jesteśmy dalej, jesteśmy tam, gdzie wiele par nie zdołało dotrzeć, wiele małżeństw krótszych stażem, zawartych później niż nasze przestało dawno istnieć. Czego zabrakło? Nie wiem, wiem, że bardzo wiele potrzeba, aby długoterminowy "plan małżeństwo" okazał się wykonalny. Co zrobić, by nie dopadła nas rutyna, by zwykła kłótnia nie stała się początkiem końca? Recepty nie ma. Za to ja staram się, próbuję, nie zawsze z cudownym skutkiem. Na całe szczęście przez ponad 5 lat nasz "plan małżeństwo" działa, nie zawsze idealnie, ale trwa. Oto kilka moich sposobów, żeby wytrwać razem nie tylko w tych dobrych chwilach.
  1. Rozmawiać. Facet - przynajmniej mój - nie ma szóstego zmysłu, kiedy zdarzają się ciche dni (chociaż zazwyczaj to są raczej godziny lub dzień) najczęściej nie wie jak naprawić to, co schrzanił, a czasem nie rozumie w ogóle, co jest nie tak. Jedyny sposób, żeby nie zastygnąć oczekując na jego odpowiedni ruch jest dokładnie określić o co mi chodzi, wskazać jakiej poprawy od niego oczekuję i co zrobię, jeśli nadal nic nie ulegnie poprawie.
  2. Nagradzać. Jak syna, tak samo, a może nawet i bardziej nagradzać muszę mojego męża. Staram się zauważać każdą, nawet tę malutką poprawę w zachowaniu i informować go, że widzę, że jest lepiej. Słoneczka na tablicy co prawda mu nie przypnę, ale... Dajmy na to taki przykład: małżonek dostaje delikatny opiernicz za zbyt późne powroty do domu, jeden dzień wróci wcześniej, drugi wróci wcześniej, robię ulubiony obiad (ten, który po odgrzaniu przestaje być zjadliwy) i mówię "widzisz skarbie, wracasz wcześniej do domu, możesz liczyć na ciepły obiadek, nikt się na Ciebie nie obraża, ja zadowolona, dziecko zadowolone, mamy dla siebie więcej czasu, dziękuję, że dajesz radę".
  3. Zaskakiwać, ale z tym lepiej nie przesadzać. Czasem romantyczna kolacja, czasem wyjście tam, gdzie iść by chciał, a ja niekoniecznie, czasem pomoc w tym, co lubi robić, natomiast ja też niekoniecznie. Pomysłów jest wiele, natomiast nie wszystkie takie, abym chciała się nimi podzielić. 
  4. Okazywać uczucia. Niby mężczyźni kochają zołzy (i takową też być potrafię, chociaż przed ślubem wychodziło mi to lepiej), to lubię i okazuję mężowi uczucia, chociaż na całe szczęście nie tylko ja wychodzę z inicjatywa przytulenia, czy pocałunku. Czasem słyszę o małżeństwach u których pocałunek sprowadza się tylko do gry wstępnej - no cóż współczuję. Rano mąż zazwyczaj budzi się pierwszy, szykuje się do wyjścia podczas, kiedy ja jeszcze leżę w łóżku i wraca, żeby pocałować mnie przed wyjściem. 
  5. W trudnych chwilach wspominać. Często zdarzają się gorsze chwile i nie zawsze jest ku temu powód, wystarczy gorszy dzień i świat staje na głowie. W takich momentach wspominam męża, kiedy był przy mnie w chwilach, w których go na prawdę potrzebowałam, a takich traumatycznych momentów było kilka i jedynie raz się nie sprawdził, chociaż tego akurat razu staram się w takich chwilach nie pamiętać. Przypominam sobie także męża, kiedy trzymał na rękach naszego maleńkiego synka, jak patrzył na mnie na kiedy zostaliśmy rodzicami. Wrzucam w odtwarzacz płytę z naszym ślubem, oglądam, słucham i nie sposób się nie uśmiechnąć. 
  6. Wczuć się. Często coś dla nas wydaje się proste, oczywiste, jasne. Właśnie - dla nas. Wystarczy postawić się na miejscu tej drugiej strony i nic nie jest już czarne, albo białe. Tak łatwiej zrozumieć, znaleźć rozwiązanie.
  7. Kompromis. Nie może być tak, żeby jedna storna zawsze ustępowała, nie ważne czy to my jesteśmy tą która ustępuje, czy też tą, która zawsze wygrywa batalię, często tylko dlatego, że strona przeciwna sporu pragnie świętego spokoju. U nas wygląda to trochę inaczej. W niektórych sprawach zawsze moje jest na górze, a w innych mężusia przegadać się nie da, ale w tych naprawdę ważnych staramy się decydować wspólnie, a jeśli nie się nie zgadzamy, to najczęściej spotykamy się pośrodku. 
 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Z dzieckiem do lekarza

Kiedy Paweł był malutki, właściwie nawet do drugiego roku jego życia odwiedzaliśmy lekarza bardzo często. Młody jest alergikiem i głównie z tego powodu w pierwszym roku jego życia mieliśmy masę kłopotów z wypryskami, ulewaniem, wymiotami, bólami brzucha i czym tam jeszcze tylko się da, drugi rok upłyną nam pod znakiem nawracającego zapalenia oskrzeli i angin, a nawet zahaczyliśmy o szkarlatynę. Wreszcie, kiedy skończył magiczne dwa lata złapał rotawirus i adenowirus, co skończyło się dla nas kilkudniowym pobytem w szpitalu. Od tamtego czasu nie jesteśmy już na szczęście stałymi bywalcami ośrodka zdrowia, nie mogę też powiedzieć, że Młody stał się odporny, ale z poważniejszych spraw mogę wyliczyć, że w lutym tego roku miał zapalenie jamy ustnej, anginę i zapalenie siusiaka na raz (była męka nie z tej ziemi), a niecałe dwa tygodnie temu trafiliśmy do szpitala z odwodnieniem, które nastąpiło błyskawicznie po jednej nocy wymiotów. Bądź co bądź muszę przyznać, że moje dziecko nie boi się nazbyt wizyt u lekarza. Niedawno temu przeszliśmy nieprzyjemny zabieg odklejania napletka i moje dziecko wyszło od pana doktora z uśmiechem na ustach, fakt popłakał przy zabiegu, co wcale mnie nie dziwi, ale szybko doszedł do siebie. Podobnie kroplówki w szpitalu przyjmował z dziarską miną, jedynie pożegnanie na kilka dni z ukochanym kotkiem okazało się ciężkie do przebrnięcia. Przyznaję z pełną jasnością sytuacji, że każde dziecko jest inne i niekiedy mimo najszczerszych chęci i działań możemy ponieść klęskę i maluch mimo wszystko będzie dostawał ataków histerii przed gabinetem lekarskim. Przyglądając się dzieciom w poczekalni, kiedy oczekiwaliśmy na naszą kolej wizyty u chirurga dziecięcego naoglądałam się wierzgających, krzyczących, gryzących dzieci przytrzymywanych siłą przez bezradnych rodziców. Cudów nie ma, ale być może mogło być lepiej? Sama ścierałam się nieraz z mężem o moje metody wychowawcze, ale jak widzę póki co przyniosły one zamierzony efekt. Zasad mam kilka, staram się ich trzymać bezwzględnie i chętnie się nimi podzielę.
  1. Nie mów "nie będzie bolało", kiedy wiesz, że to nieprawda. Oszukane raz dziecko najpewniej nie uwierzy, kiedy kolejnym obiecasz to samo, nawet, kiedy faktycznie wiesz, że podczas wizyty bólu nie będzie. Powiem więcej mówię synowi, że coś może zaboleć wiedząc, że tak będzie.
  2. Zachowaj spokój. Na szczęście przestałam być panikarą, chociaż na początku siedziałam i płakałam razem z moim synem, kiedy był malutki. Kiedy byliśmy na wspomnianym zabiegu cały czas trzymałam syna, przytulałam i uspokajałam spokojnym, ciepłym głosem. W szpitalu, kiedy Paweł miał zakładany wenflon zawziął się okropnie, tak, że krew w ogóle nie chciała lecieć, ściskał ręce, a siły ma po tatusiu (mimo, że w przeciwieństwie do niego jest okruszkiem) co niemiara. No i klops. Uspokajałam, tłumaczyłam dlaczego tam trafił, że panie chcą jego dobra, że będzie zdrowy, jak tylko rączka się napije, nieco się uspokoił i krew z ręki chlapnęła na stół, miłą panią pielęgniarkę i na mnie. Pani pielęgniarka zaczęła mnie uspokajać i mówić, żebym nie patrzyła na krew, żebym przypadkiem nie zemdlała i tak dalej. Zszokowała mnie tym trochę, bo skoro myślała, że popadnę w panikę, to niektóre matki muszą tak reagować. Spokój, główna sprawa, zachować spokój dla dobra własnego dziecka, jeżeli nie potrafimy niech w takiej chwili będzie z nim tata, czy ktoś inny, kto zachowa zimną krew, a z kim dziecko jest bardzo związane, a my ćwiczmy w sobie siłę odporności, choćby pozornej. 
  3. Wybierzmy najlepszego lekarza - niby to banalne, ale nie do końca. Często przy wyborze pediatry, czy innego lekarza kierujemy się wyłącznie jego dyplomami i osiągnięciami. Racja to bardzo ważne, jednak kiedy mamy do czynienia z takim maluchem w parze z umiejętnościami i wiedzą musi iść podejście do małego pacjenta. Odpowiedni dobór słów, delikatność powinny również cechować lekarza, któremu powierzamy własne dziecko. 
  4. Chwal i doceniaj. Zawsze po wyjściu od lekarza, a często jeszcze podczas wizyty mówię mojemu synowi jaki jest dzielny, mądry, odważny. Po powrocie do domu informują wszystkich o tym, jak zachowywał się podczas wizyty i jaka jestem z niego dumna, gratulacjom nie ma końca.
  5. Ostatnia zasada z której korzystam, może nie do końca wychowawcza, aczkolwiek sądzę, że krzywdy dziecku nie wyrządza - nagroda. Najczęściej nagroda nie jest w postaci materialnej - wyjście na plac zabaw, do sali zabaw, wyjazd nad wodę, maksymalnie wykorzystany dzień z tatą, pomysłów jest wiele, czasem jest to tylko samochodzik, czy książka, ale najczęściej nagroda jest. U pediatry zazwyczaj Paweł dostaje lizaka i nalepkę dzielny pacjent, u chirurga dziecięcego otrzymał dyplom dla dzielnego pacjenta, gdzie doktor wpisał jego dane. Czasami mała rzecz cieszy niezmiernie.
  6. Książki - nie każde dziecko zainteresują, na Pawła najczęściej działają. Korzystam z nich w wielu przypadkach, tutaj również. Tytułów jest wiele, wystarczy poszukać, przeczytać dziecku, porozmawiać. Obraz małego pacjenta, bohatera ulubionej książki sprawia często, że utożsamianie się z nim staje się powodem do dumy i odsuwa smutki w cień.
  7. Wizyta zapoznawcza. Z takowej wizyty skorzystaliśmy jeśli chodzi o stomatologa kiedy Młody miał półtorej roku, pooglądał sprzęty pani doktor, wielu rzeczy podotykał, przyglądał się, jak pani stomatolog boruje tatusiowi ząbki, a tatuś, no cóż musiał się jakoś trzymać dla dobra sprawy.