poniedziałek, 24 listopada 2014

Z dzieckiem do lekarza

Kiedy Paweł był malutki, właściwie nawet do drugiego roku jego życia odwiedzaliśmy lekarza bardzo często. Młody jest alergikiem i głównie z tego powodu w pierwszym roku jego życia mieliśmy masę kłopotów z wypryskami, ulewaniem, wymiotami, bólami brzucha i czym tam jeszcze tylko się da, drugi rok upłyną nam pod znakiem nawracającego zapalenia oskrzeli i angin, a nawet zahaczyliśmy o szkarlatynę. Wreszcie, kiedy skończył magiczne dwa lata złapał rotawirus i adenowirus, co skończyło się dla nas kilkudniowym pobytem w szpitalu. Od tamtego czasu nie jesteśmy już na szczęście stałymi bywalcami ośrodka zdrowia, nie mogę też powiedzieć, że Młody stał się odporny, ale z poważniejszych spraw mogę wyliczyć, że w lutym tego roku miał zapalenie jamy ustnej, anginę i zapalenie siusiaka na raz (była męka nie z tej ziemi), a niecałe dwa tygodnie temu trafiliśmy do szpitala z odwodnieniem, które nastąpiło błyskawicznie po jednej nocy wymiotów. Bądź co bądź muszę przyznać, że moje dziecko nie boi się nazbyt wizyt u lekarza. Niedawno temu przeszliśmy nieprzyjemny zabieg odklejania napletka i moje dziecko wyszło od pana doktora z uśmiechem na ustach, fakt popłakał przy zabiegu, co wcale mnie nie dziwi, ale szybko doszedł do siebie. Podobnie kroplówki w szpitalu przyjmował z dziarską miną, jedynie pożegnanie na kilka dni z ukochanym kotkiem okazało się ciężkie do przebrnięcia. Przyznaję z pełną jasnością sytuacji, że każde dziecko jest inne i niekiedy mimo najszczerszych chęci i działań możemy ponieść klęskę i maluch mimo wszystko będzie dostawał ataków histerii przed gabinetem lekarskim. Przyglądając się dzieciom w poczekalni, kiedy oczekiwaliśmy na naszą kolej wizyty u chirurga dziecięcego naoglądałam się wierzgających, krzyczących, gryzących dzieci przytrzymywanych siłą przez bezradnych rodziców. Cudów nie ma, ale być może mogło być lepiej? Sama ścierałam się nieraz z mężem o moje metody wychowawcze, ale jak widzę póki co przyniosły one zamierzony efekt. Zasad mam kilka, staram się ich trzymać bezwzględnie i chętnie się nimi podzielę.
  1. Nie mów "nie będzie bolało", kiedy wiesz, że to nieprawda. Oszukane raz dziecko najpewniej nie uwierzy, kiedy kolejnym obiecasz to samo, nawet, kiedy faktycznie wiesz, że podczas wizyty bólu nie będzie. Powiem więcej mówię synowi, że coś może zaboleć wiedząc, że tak będzie.
  2. Zachowaj spokój. Na szczęście przestałam być panikarą, chociaż na początku siedziałam i płakałam razem z moim synem, kiedy był malutki. Kiedy byliśmy na wspomnianym zabiegu cały czas trzymałam syna, przytulałam i uspokajałam spokojnym, ciepłym głosem. W szpitalu, kiedy Paweł miał zakładany wenflon zawziął się okropnie, tak, że krew w ogóle nie chciała lecieć, ściskał ręce, a siły ma po tatusiu (mimo, że w przeciwieństwie do niego jest okruszkiem) co niemiara. No i klops. Uspokajałam, tłumaczyłam dlaczego tam trafił, że panie chcą jego dobra, że będzie zdrowy, jak tylko rączka się napije, nieco się uspokoił i krew z ręki chlapnęła na stół, miłą panią pielęgniarkę i na mnie. Pani pielęgniarka zaczęła mnie uspokajać i mówić, żebym nie patrzyła na krew, żebym przypadkiem nie zemdlała i tak dalej. Zszokowała mnie tym trochę, bo skoro myślała, że popadnę w panikę, to niektóre matki muszą tak reagować. Spokój, główna sprawa, zachować spokój dla dobra własnego dziecka, jeżeli nie potrafimy niech w takiej chwili będzie z nim tata, czy ktoś inny, kto zachowa zimną krew, a z kim dziecko jest bardzo związane, a my ćwiczmy w sobie siłę odporności, choćby pozornej. 
  3. Wybierzmy najlepszego lekarza - niby to banalne, ale nie do końca. Często przy wyborze pediatry, czy innego lekarza kierujemy się wyłącznie jego dyplomami i osiągnięciami. Racja to bardzo ważne, jednak kiedy mamy do czynienia z takim maluchem w parze z umiejętnościami i wiedzą musi iść podejście do małego pacjenta. Odpowiedni dobór słów, delikatność powinny również cechować lekarza, któremu powierzamy własne dziecko. 
  4. Chwal i doceniaj. Zawsze po wyjściu od lekarza, a często jeszcze podczas wizyty mówię mojemu synowi jaki jest dzielny, mądry, odważny. Po powrocie do domu informują wszystkich o tym, jak zachowywał się podczas wizyty i jaka jestem z niego dumna, gratulacjom nie ma końca.
  5. Ostatnia zasada z której korzystam, może nie do końca wychowawcza, aczkolwiek sądzę, że krzywdy dziecku nie wyrządza - nagroda. Najczęściej nagroda nie jest w postaci materialnej - wyjście na plac zabaw, do sali zabaw, wyjazd nad wodę, maksymalnie wykorzystany dzień z tatą, pomysłów jest wiele, czasem jest to tylko samochodzik, czy książka, ale najczęściej nagroda jest. U pediatry zazwyczaj Paweł dostaje lizaka i nalepkę dzielny pacjent, u chirurga dziecięcego otrzymał dyplom dla dzielnego pacjenta, gdzie doktor wpisał jego dane. Czasami mała rzecz cieszy niezmiernie.
  6. Książki - nie każde dziecko zainteresują, na Pawła najczęściej działają. Korzystam z nich w wielu przypadkach, tutaj również. Tytułów jest wiele, wystarczy poszukać, przeczytać dziecku, porozmawiać. Obraz małego pacjenta, bohatera ulubionej książki sprawia często, że utożsamianie się z nim staje się powodem do dumy i odsuwa smutki w cień.
  7. Wizyta zapoznawcza. Z takowej wizyty skorzystaliśmy jeśli chodzi o stomatologa kiedy Młody miał półtorej roku, pooglądał sprzęty pani doktor, wielu rzeczy podotykał, przyglądał się, jak pani stomatolog boruje tatusiowi ząbki, a tatuś, no cóż musiał się jakoś trzymać dla dobra sprawy.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz