wtorek, 25 listopada 2014

Za co mnie kochasz? - czyli o miłości bezwarunkowej

Gdyby ktoś zapytał mnie za co kocham mojego męża nie potrafiłabym odpowiedzieć. Logiczne jest, że dziecko kocha się miłością bezwarunkową. Kiedy jest małe bez względu na to, czy jest grzeczne, czy nie, kiedy jest starsze bez względu na to czy się uczy rewelacyjnie, czy też powiedzmy mniej, kiedy dorośnie bez względu na to, czy podejmowane przez niego decyzje są takie, jakich byśmy od niego oczekiwali. Może są jakieś odstępstwa od reguły, ale na ogół tak właśnie jest. A jak to jest z mężem? Za co ja go kocham? Odpowiedź brzmi nie za co, ale mimo co. Mimo rozlicznych wad, mimo niezgodności, mimo problemów, jakie sam sobie czasem stwarza. Kocham moje duże dziecko MIMO WSZYSTKO. Kiedyś - ponad 5 lat temu - powiedziałam słowa przysięgi, w której skład wchodziła regułka "aż do śmierci". Nie umiem powiedzieć, że tak właśnie będzie. Za naiwniaków uważam tych, którzy są tego w stu procentach pewni - pewni, że będą ze sobą przez całą resztę życia. Ja mogę powiedzieć, że zrobię wiele, aby tak było, że kocham, że nie wyobrażam sobie życia z kim innym u boku, ale gwarancji dać nie potrafię. Mimo krótkiego stażu naszego małżeństwa i tak mogę stwierdzić, że jesteśmy dalej, jesteśmy tam, gdzie wiele par nie zdołało dotrzeć, wiele małżeństw krótszych stażem, zawartych później niż nasze przestało dawno istnieć. Czego zabrakło? Nie wiem, wiem, że bardzo wiele potrzeba, aby długoterminowy "plan małżeństwo" okazał się wykonalny. Co zrobić, by nie dopadła nas rutyna, by zwykła kłótnia nie stała się początkiem końca? Recepty nie ma. Za to ja staram się, próbuję, nie zawsze z cudownym skutkiem. Na całe szczęście przez ponad 5 lat nasz "plan małżeństwo" działa, nie zawsze idealnie, ale trwa. Oto kilka moich sposobów, żeby wytrwać razem nie tylko w tych dobrych chwilach.
  1. Rozmawiać. Facet - przynajmniej mój - nie ma szóstego zmysłu, kiedy zdarzają się ciche dni (chociaż zazwyczaj to są raczej godziny lub dzień) najczęściej nie wie jak naprawić to, co schrzanił, a czasem nie rozumie w ogóle, co jest nie tak. Jedyny sposób, żeby nie zastygnąć oczekując na jego odpowiedni ruch jest dokładnie określić o co mi chodzi, wskazać jakiej poprawy od niego oczekuję i co zrobię, jeśli nadal nic nie ulegnie poprawie.
  2. Nagradzać. Jak syna, tak samo, a może nawet i bardziej nagradzać muszę mojego męża. Staram się zauważać każdą, nawet tę malutką poprawę w zachowaniu i informować go, że widzę, że jest lepiej. Słoneczka na tablicy co prawda mu nie przypnę, ale... Dajmy na to taki przykład: małżonek dostaje delikatny opiernicz za zbyt późne powroty do domu, jeden dzień wróci wcześniej, drugi wróci wcześniej, robię ulubiony obiad (ten, który po odgrzaniu przestaje być zjadliwy) i mówię "widzisz skarbie, wracasz wcześniej do domu, możesz liczyć na ciepły obiadek, nikt się na Ciebie nie obraża, ja zadowolona, dziecko zadowolone, mamy dla siebie więcej czasu, dziękuję, że dajesz radę".
  3. Zaskakiwać, ale z tym lepiej nie przesadzać. Czasem romantyczna kolacja, czasem wyjście tam, gdzie iść by chciał, a ja niekoniecznie, czasem pomoc w tym, co lubi robić, natomiast ja też niekoniecznie. Pomysłów jest wiele, natomiast nie wszystkie takie, abym chciała się nimi podzielić. 
  4. Okazywać uczucia. Niby mężczyźni kochają zołzy (i takową też być potrafię, chociaż przed ślubem wychodziło mi to lepiej), to lubię i okazuję mężowi uczucia, chociaż na całe szczęście nie tylko ja wychodzę z inicjatywa przytulenia, czy pocałunku. Czasem słyszę o małżeństwach u których pocałunek sprowadza się tylko do gry wstępnej - no cóż współczuję. Rano mąż zazwyczaj budzi się pierwszy, szykuje się do wyjścia podczas, kiedy ja jeszcze leżę w łóżku i wraca, żeby pocałować mnie przed wyjściem. 
  5. W trudnych chwilach wspominać. Często zdarzają się gorsze chwile i nie zawsze jest ku temu powód, wystarczy gorszy dzień i świat staje na głowie. W takich momentach wspominam męża, kiedy był przy mnie w chwilach, w których go na prawdę potrzebowałam, a takich traumatycznych momentów było kilka i jedynie raz się nie sprawdził, chociaż tego akurat razu staram się w takich chwilach nie pamiętać. Przypominam sobie także męża, kiedy trzymał na rękach naszego maleńkiego synka, jak patrzył na mnie na kiedy zostaliśmy rodzicami. Wrzucam w odtwarzacz płytę z naszym ślubem, oglądam, słucham i nie sposób się nie uśmiechnąć. 
  6. Wczuć się. Często coś dla nas wydaje się proste, oczywiste, jasne. Właśnie - dla nas. Wystarczy postawić się na miejscu tej drugiej strony i nic nie jest już czarne, albo białe. Tak łatwiej zrozumieć, znaleźć rozwiązanie.
  7. Kompromis. Nie może być tak, żeby jedna storna zawsze ustępowała, nie ważne czy to my jesteśmy tą która ustępuje, czy też tą, która zawsze wygrywa batalię, często tylko dlatego, że strona przeciwna sporu pragnie świętego spokoju. U nas wygląda to trochę inaczej. W niektórych sprawach zawsze moje jest na górze, a w innych mężusia przegadać się nie da, ale w tych naprawdę ważnych staramy się decydować wspólnie, a jeśli nie się nie zgadzamy, to najczęściej spotykamy się pośrodku. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz