poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wyzwanie blogowe czas zacząć!

Mój staż w blogosferze na razie bardzo krótki, co nie zmienia faktu, że zapału póki co mi nie brakuje. A zatem zapraszam do wyzwania, czy jak kto woli projektu blogowego. Zadanie jest proste, nie wymaga nakładu czasu, bo oczywiście wiem, jak wiele macie do przekazania innych ważnych treści dotyczących innych tematów. ;-) Co należy zrobić?
Mamy przed sobą początek roku. Miesiąc styczeń to czas wyznaczania celów. Tego właśnie dotyczy styczniowy projekt: "Nasze marzenia są do spełnienia!". Z uwag na to, że liczba 7 nie jest szczególnie duża, a uznawana jest za szczęśliwą zapraszam do spisania swoich 7 marzeń, które chcielibyśmy, aby głównie dzięki naszemu zaangażowaniu udało nam się zrealizować w nadchodzącym roku. Biorąc pod uwagę, że zostaną spisane, ba mało tego otrzymamy wsparcie pozostałych marzycieli, to szansa na ich realizację z miejsca wzrasta o jakieś przynajmniej 20%. Startujemy?
Chętnych do udziału zapraszam do umieszczenia w komentarzu chęci udziału oraz linku do bloga, który prowadzicie. Czas stworzenia swoich 7 cudownych marzeń, być może zaskakujących i zwariowanych i umieszczenia ich na swoim blogu (który podlinkuję na stronie projektu oraz pod własnym postem) 01.01.2015 - 31.01.2015.
Dziękuję za podklejenie baneru od postem. Póki co jego jakość do najlepszych nie należy, obiecuję poprawę następnym razem.

Było, minęło

Przede mną ostatnia część grudniowego wyzwania i od początku przyszło mi na myśl, aby podejść do niej z innej strony. W tym momencie ja - prawie 26-letnia kobieta siedzę przed laptopem, piszę tekst na bloga, syn ma już 3 lata i 8 miesięcy i przygrywa mi właśnie na organkach, męża, który niedawno skończył lat 27 chwilowo w domu nie ma, ale jutro będziemy mieli go tylko dla siebie. Cudowne są te nasze wspólne chwile. Rzadko jako mała dziewczynka bawiłam się w sklep, szkołę, w której byłam nauczycielem, czy bibliotekę, albo lekarza. Najczęściej bawiłam się w dom, albo ślub. Uwielbiałam, kiedy moje liczne lalki, a później lalki samodzielnie wykonywane ze sznurka ubierałam w białe suknie i stawiałam przed wyimaginowanym ołtarzem z przystojnymi partnerami. Tak mi to jakoś zostało, że rodzina jest spełnieniem marzeń. Są inne plany, które chciałabym dać radę zrealizować, ale mam już to, co dla mnie najważniejsze; dwie cudowne osoby, które czasem doprowadzają mnie do rozstroju nerwowego, ale tak czy inaczej bardzo je kocham. Moja RODZINA.

Zastanawiam się nad tym, co było i przychodzi mi do głowy pewna myśl, dla jednych może głupia, ale dla mnie w tej chwili całkiem sensowna: "często to te piękne wspomnienia stają się natrętami psującymi obraz rzeczywistości". Czasem przychodzi taka chwila, że powrót do tych wspomnień miłych, w których ziściły się nasze marzenia wcale nie jest pozytywnym doświadczeniem. Jeden sen, przez który wracamy do minionych chwil sprawia, że to, co tu  teraz przestaje być cudowne, magiczne i uważane za spełnienie marzeń.
Wspominałam już o mojej babci. Tak wiele mam z nią cudownych wspomnień, zawsze była przyjaciółką, której mogłam o wszystkim powiedzieć, wybawiała mnie z największych tarapatów. Razem chodziłyśmy na grzyby, były to wielogodzinne wyprawy i teraz, kiedy sama przemierzam te szlaki coś ściska mnie za serce i to, co było ogromną radością staje się udręką. Patrzę na nią i myślę, że gdyby można wymazać te miliony dobrych wspomnień, wspólnych, cudownych chwil byłoby łatwiej. Pewnie nie lepiej, bo tym, co po nas zostaje są wspomnienia w sercach bliskich, a czasem nawet tych ludzi, o których nie zdajemy sobie sprawy, że możemy mieć dla nich jakieś znaczenie. Ale nasze cierpienie, kiedy kogoś tracimy, także powoli, zdając sobie sprawę, że to "lepiej" już było i nigdy nie nastąpi wyznaczają głównie te wspomnienia z jednej strony jakże miłe sercu, a z drugiej pozwalające mu rozpaść się na kawałki.
Mówiąc o złych wspomnieniach może powinnam mówić o chorobie, o utracie poronieniu, o wielu innych momentach życia, które wywołały setki łez, ale one teraz są niezwykle odległe i nie powodują efektu mokrych oczu. Czas jednak najczęściej leczy rany. Za to te kiedyś dobre wspomnienia potrafią wycisnąć łzy.
 
Mój mąż był pierwszym chłopakiem do związku z którym podchodziłam poważnie. Wcześniej chodziło mi głównie o dobrą zabawę, mile spędzony czas i takie tam. Są momenty, kiedy zastanawiam się co by było gdyby?  Zawsze w efekcie przypominam sobie te najlepsze chwile spędzone z mężem i to, jakim oparciem okazał się w tych chwilach najtrudniejszych. Ogólnie każde takie rozważnie wychodzi z wielkim plusem dla niego. Ale skąd się bierze ta głupia myśl "co by było?"? Stąd, że z kimś innym też spędziło się wiele świetnych chwil, że przy kimś innym czuło się "motyle w brzuchy" i  że może, gdyby było się w tej czy innej chwili dojrzalszym życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Czy to nie wspomnienia sprawiają, że do głowy przychodzą głupoty? Często myślę sobie jak fajnie byłoby znów pójść na wagary z ekipą z lat licealnych, powygłupiać się i wierzyć, że nic się nie wyda. Cudowne wspomnienia...
Dziś jestem zupełnie inna. Patrze na życie raczej trzeźwo, przede wszystkim myślę o Pawle, następnie o Mirku, a dalej w kolejności o sobie. Czasem zależnie od sytuacji przede mną może znaleźć się na tej liście ktoś inny. Raczej nie przedkładam swoich marzeń i pragnień ponadto, co byłoby najlepsze dla reszty Brygady G. Kiedyś mogłam myśleć tylko o sobie i są chwile, kiedy z tęsknotą myślę o tamtych czasach. Ale wygląda to tak, że chciałabym wrócić na parę dni do tamtych czasów, by móc z powrotem znaleźć się tu i teraz.
Masę cudownych wspomnień z gatunku tych niebolesnych jest związanych z moim mężem i mam nadzieję, że zawsze pozostaną tymi miłymi, które łez nie wyciskają. Pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek, wspólne wycieczki, cudowne, romantyczne smsy, pierwsze wspólne święta, zaręczyny, ślub i wiele innych rzeczy, które robiłam po raz pierwszy... ;-) A później fantastyczne, czasem niemal metafizyczne chwile naszej trójki.
A teraz co mogę powiedzieć? CHWILO TRWAJ! ;-)
 

niedziela, 28 grudnia 2014

Cudowne książki dla maluchów - Olesiejuk

Idąc na zakupy miałam w zamiarze kupno jednej z krótkich książeczek wydawnictwa Olesiejuk w bardzo niskich cenach, a że jak zwykle nie potrafiłam się zdecydować w koszyku wylądowały trzy sztuki. Nadal przeglądając je w domu ne jestem w stanie stwierdzić która najlepsza.

Pierwsza wpadła mi w ręce "Tak bardzo cię kocham!". Po głębszym zapoznaniu daję maksymalną ocenę za ilustracje. Tekst jest o miłości, o tym, co można zrobić dla ukochanej osoby i możemy go przeczytać w dowolny sposób, zmieniając tak, jakbyśmy chcieli powiedzieć dziecku, jak mocno je kochamy, albo jak byśmy chcieli mu pokazać, jak jakieś dziecko kocha mamę, czy tatę. Wybór należy do nas.
"Dobranoc misiaczku" to krótka, rymowana historyjka - idealna do czytania przed snem. Opowiada o rytuale, jakiego dokonuje przed snem misiaczek. Historyjka jak dla mnie cudowna.

"Mały miś nie chce spać" też świetnie nadaje się do czytania przed snem. Opowiada historię małego, niesfornego misia, który robi wszystko, byleby tylko nie pójść spać. Gorzko przekonuje się o tym, że nieposłuszeństwo ma niedobre skutki. Na szczęście jednak mama zawsze czuwa. Mamy już jedną książeczkę podobnej treści, a nawet o tym samym tytule, obie cudowne.

Na koniec ulubiony tytuł Pawła, z racji tego, że zawiera kilka naklejek. "Policzmy razem" Fisher Price wydaną również przez Olesiejuk. Cena równie niska. Zaletą są cudowne kolory, czytelność oraz oczywiście wspomniane naklejki. Myślałam, że w książeczce znajdę liczenie do 10, niestety są tam tylko cyfry do 5. Mimo wszystko oceniam na duży plus.

A oto nasz nowy przyjaciel, który dotarł do nas w Wigilię, a wcześniej został wygrany w konkursie na blogu http://www.czasmamy.com/. Cudowny Brzydal od niedawna zasypia z Pawłem. Dziękujemy Paulinie ;-)
Chciałam też dodać parę fotek z naszych zimowych szaleństw, ale cóż, zapisały się w tej pamięci telefonu, do której jakoś nie mogę sięgnąć, a chciałam się podzielić fotkami naszego kochanego koto-renifera czyli kotki Kitki, która dzielnie przypozowała jako ciągnący sanie zwierz.








piątek, 26 grudnia 2014

Smak świąt

Święta, święta i po świętach. Znalazła się chwila, aby czynić swoją powinność i zamieścić parę słów odnoszących się do dalszej części wyzwania Różowej Klary opisującego "smak świąt". Właściwie, to nie jest dla mnie takie proste i oczywiste, jak mogłoby się wydawać, bo ze wszystkich zmysłów najbardziej kieruję się zapachem. Święta kojarzą mi się głównie z zapachami: pomarańczy, cynamonu, choinki, palonej świecy i wieloma innymi. Smak natomiast chyba często mi się zmienia i to, czym w jednym roku się zajadam niekoniecznie w kolejnym będzie mi się wydawało zjadliwe.

Mimo wszystko jest kilka takich dań, bez których Boże Narodzenie - szczególnie Wigilię ciężko byłoby mi sobie wyobrazić. Jak zawsze nie do końca wszystko było tak, jak w planach, na przykład z dwunastu przygotowanych potraw na stole postawiłam tylko dziesięć, natomiast dwie pozostałe doniosłam w międzyczasie. Tak czy inaczej nie mogło zabraknąć czerwonego barszczyku, pierożków odgrzewanych tradycyjnie na oleju lnianym, rybki, czy kompotu z suszu. Karpik naszą tradycyjną rybką nie jest i w tym roku też się nie pojawił, jak zwykle prym wiodła miruna, podana zwyczajnie smażona i jako ryba po grecku. Ja ogólnie wolę rybę po japońsku, ale, że mąż miał takie życzenie niech mu będzie. Na stole świątecznym pojawiła się sałatka warstwowa z kurczakiem, sałatka z kurczakiem i ananasem, domowe wędliny. Piernik tym razem z innego niż zwykle bywa przepisu, szachownica, snikers i mój ukochany sernik, który jednak nie wyszedł tak dobry, jak poprzednio, ale pozostał moim ulubieńcem. Za chwilę odgrzeję danie przez jednych uwielbiane, a przez innych znienawidzone; flaczki. Tyle, że jako dziewczynka, a raczej nastolatka lubiłam smak bulionu z przyprawami, a mięsa nie ruszyłam. W tej chwili kupuję gotowe flaki w słoiku, gotuję rosół, oddzielam i kroję drobno ugotowane drobiowe mięso i do tego bulionu wraz z mięskiem dolewam zawartość słoików, dosypuję przyprawy i takie właśnie flaczki lubię.

Moi rodzice przygotowali bigos, na który z chęcią się załapałam, mąż pałaszuje szarlotkę i makowiec przygotowany przez mamę, u teściów moje serce zdobył standardowo sernik, cudownie pachnący i rewelacyjny w smaku. Gdybym jednak miała wybrać jeden smak, który kojarzy mi się szczególnie ze Świętami Bożego Narodzenia byłby to kompot z suszu. Przygotowuje go się tylko raz w roku w tym konkretnym okresie, kiedyś za nim nie przepadałam, teraz uwielbiam. Sam zapach "wody z suszonych owoców" sprawia, że czuję, że to już święta.



Wreszcie spełniło się jedno z marzeń, patrzę przez okno, a tam biały puch, sypie cały czas. Pięknie... Święta... Do zobaczenia za rok.
*zdjęcia sprzed kolacji wigilijnej - z okresu zastawiania stołu (nie jest jeszcze kompletny, a my nie przebrani :-) )

środa, 24 grudnia 2014

Świąteczne życzenia

Życzę wszystkim tradycyjnie i z serca
Wesołych Świąt,
przepełnionych ciepłem, miłością,
zapachem choinki.
Świąt, w których pomiędzy
czasem wypełnionym gwarem i radością
znajdziemy chwile na refleksję.
Cudownych Świąt Bożego Narodzenia

Życzy Mama i Żona w swoim bajecznym świecie ;-)
 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Kto wyrzucił moje dzieciństwo?

Jakimś cudem los sprawił, że znalazłam blog Agi "Pomieszane z poplątanym", a tam kolejny projekt, na który chętnie się załapię. Ostatni projekt i praktycznie ostatni już wpis za nim rzucę się w wir przedświątecznych przygotowań kuchennych. Na szczęście jednak zdążyłam zrobić kilka zdjęć choinki, bo to właśnie jest celem projektu, a że zdjęcia są jakości jakiej są, a mojemu blogowi daleko do foto-bloga, to staną się one raczej dodatkiem do historii słowem pisanej.
Pamiętam te święta z dzieciństwa, cudowne Wigilie i ubieranie choinki na kilka dni przed świętami z pomocą babci, która siedziała na sofie i komentowała; "zawieś to tu, a to tam, tamto jest nierówno". Kolacje Wigilijne, kiedy babcia decydowała co i kiedy powiedzieć, kiedy należy usiąść, kiedy wstać, jaką odmówić modlitwę. Cudowną choinkę - ozdobioną PRL-owskimi lampkami wszelakiego rodzaju, bombkami w przeróżnych kształtach i kolorach i takimi specyficznymi koszyczkami ze sznureczków i maleńkich bombeczek, których nigdy wcześniej, ani później nigdzie nie widziałam. Wszystko zwieńczone świecącą czerwoną gwiazdą i wieloma kolorowymi cieniutkimi łańcuchami oraz anielskimi włosami. A ja zawsze czekałam na ten moment po Wigilii i myślałam tylko, żeby tym razem wśród licznych prezentów nie pojawiły się rajstopy (co nie zmieniało faktu, że i tak się pojawiały). Tęsknię za tym, tak bardzo za tym tęsknię. Za babcią, która teraz leży i nie zauważa, że mamy Boże Narodzenie, za tandetną choinką, która cieszy niebywale i mogę na nią siedzieć i patrzeć, za tym, żeby moim jedynym zmartwieniem było "czy dostane znowu rajstopy". Tak bym chciała móc cieszyć się świętami nie mając problemów, móc być tak beztroską, jak kiedyś.
W tym roku plan ubrania choinki w Wigilię nie wypalił, ale dzisiaj wpadłam na pomysł, żeby ubrać w ten dzień małą choineczkę na biurku. Chociaż z drugiej strony biorąc pod uwagę ile jest w planach światełek, to możemy już cierpieć na przesyt i nadmiar cyferek w rachunku za prąd, ale co tam, ile można by zrobić, byle tylko poczuć atmosferę świąt. Ubraliśmy żywą choinkę w doniczce, o której już pisałam, a właściwie przede wszystkim ubierał ją Paweł. Ja zapragnęłam wrócić do czasów dzieciństwa i o tyle, o ile zazwyczaj decydowałam się na choinkę w jednym, ewentualnie dwóch kolorach, tak teraz postanowiłam napstroczyć ile się da. Weszłam na strych w poszukiwaniu pudła ze starymi bombkami, ale cóż... Nie znalazłam. Ogarnął mnie taki smutek, taki brak czegoś, czegoś, co mimo, ze to głupie myślałam, że będzie zawsze. Nigdy nie przypuszczałabym, że tych bombek, a właściwie fragmentu mojego dzieciństwa, który tak mocno wrył się w serce może zabraknąć. Oczyma wyobraźni widzę Srebrną małpkę, kolorowe szyszki, panie Mikołajowe, a nawet kogucika (który ... na pewno przypadłby do gustu), papużki i wiele, wiele innych, a ich nie ma... Na choince zawisło zaledwie kilka, które jakimś cudem ocalały. Już nawet nie wiem, czy je zawieszać, skoro są właściwie reliktem mojej przeszłości, żeby tfu, tfu się nie stłukły. Niby zwykłe bombki, kilka szkiełek w ładnym kształcie, a tak mi ich brakuje i nikt się nie chce przyznać, że to jego wina, że ich już nie ma. Ile dałabym, żeby je odzyskać, to tak, jakby ktoś wyrzucił duży fragment mojego dzieciństwa. Patrząc na nie mogłam chociaż przez chwilę poczuć się tą małą, beztroską dziewczynką, która tak niewiele potrzebuję do szczęścia i ma tak mało powodów do trosk. Te chwile już nigdy nie wrócą, życie przecieka przez palce. Cieszę się ze świąt z mężem, z ukochanym synem, ale coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jak mi brak tego "kiedyś było" i jak nieuniknione jest to "kiedyś będzie"i to najgorsze; "kiedyś nie będzie". Przypominam sobie słowa wyryte w kamieniu jednej z przycmentarnych kaplic, które kiedyś niewiele dla mnie znaczyły "czas ucieka, wieczność czeka". Może nieodpowiedni ten post na tak przecież cudowny przedświąteczny czas? Ale może komuś pozwoli inaczej spojrzeć na te święta? Może tym razem, kiedy siądziemy przy stole zobaczymy tą ciotkę, która się zawsze wtrąca, teściową, która zadaje niewygodne pytania, brata, który szczyci się nowym samochodem i kuzynkę, której dzieci są zawsze najważniejsze nie poczujemy złości, przypomnimy sobie, jakie to wszystko jest ulotne. Nikt nie wie, czy spotkamy się jeszcze w tym samym gronie. Chociaż bardzo byśmy chcieli, żeby życie układało się po naszej myśli przyszłość pozostaje niewiadoma. Tak samo nie możemy być pewni, nie wiemy, jak będzie za rok. Zawsze pozostaje cień prawdopodobieństwa, że przy tym stole usiądą wszyscy ale być może ja, czy Ty już nie.














A oto i logo konkursu wraz z linkiem do inicjatorki, gdyby ktoś się zdecydował na wzięcie udziału:
http://pomieszane-z-poplatanym.blogspot.com/2014/12/projekt-choinka.html?m=1


















sobota, 20 grudnia 2014

Czy wiesz, co jesz?

Jestem zobowiązana do podzielenia się dobrą wiadomością. Mianowicie dotarła już do mnie cudowna przesyłka wygrana u Pani Rolnik. Oto blog http://panirolnik.blogspot.com/, ale nie znajdziecie tam konkursu, bo odbył się na Facebookowym profilu tej fantastycznej blogerki. Ale, jakby tego było mało dodam jeszcze odnośnik do tego, że faktycznie to mnie wśród trzech innych osób się udało https://www.facebook.com/271797196307364/photos/a.433565236797225.1073741833.271797196307364/433565463463869/?type=1&theater. No dość długi odnośnik. Ale co tam, moja radość też była ogromna, tym większa, że akurat ta pozycja była w moich planach zakupowych. Po obejrzeniu kilku odcinków serii z panią Katarzyną Bosacką polubiłam jej profil na Facebooku i śledziłam dzielnie. Rosła we mnie chęć zakupowa i ciekawość względem proponowanej pozycji książkowej. Pragnienia się spełniły i mam w tej chwili przed sobą "Czy wiesz, co jesz? Poradnik konsumenta czyli na co zwracać uwagę, robiąc codzienne zakupy". Książka wydana przez Wydawnictwo Publicat leży sobie już przeczytana. Wiedza moja na temat tego, co jem wzrosła niebywale. W pierwszej chwili, pomyślałam, że może lepiej jednak nie czytać, bo może się okazać, że wszystko, co spożywam praktycznie do jedzenia według sympatycznych pań Małgorzaty Kozłowskiej-Wojciechowskiej i Katarzyny Bosackiej - autorek pozycji - raczej się nie nadaje. Spodziewając się samych negatywów na temat jedzenia przeżyłam znowu zaskoczenie. Okazało się mianowicie, że ketchup, czy kawa nie są takim złem, jak się spodziewałam. Dzięki tej książce dowiedziałam się jak wybierać wędliny, czy chleb, które faktycznie przypominają to, czym mają być z założenia, a nie są zbitkiem substancji chemicznych.Jogurty, czy dżemy zaś nie są takim cudem, jakby się wydawać mogło, a całe serie produktów "fit" i "light" należy omijać szerokim łukiem. Na koniec mamy całą listę wszelkich używanych na etykietkach "E" ich nazw w całości, oraz charakterystyki określającej z czym właściwie mamy do czynienia. Mogę polecić wszystkim, którzy chcą mieć świadomość tego, czym się faszerują oraz tego, że niektórym produktom podejrzewanym o to, że są całym złem świata zarzuca się zbyt wiele lub zupełnie są to rzeczy z palca wyssane. Polecam bardzo mocno!
A oto link do książki na stronie wydawnictwa:  http://publicat.pl/publicat/oferta/poradniki/czy-wiesz-co-jesz-poradnik-konsumenta-czyli-na-co-zwracac-uwage-robiac-codzienne-za_66,2414,238.html

piątek, 19 grudnia 2014

Sytuacji kilka z dnia wczorajszego Brygady G. ;-)

Od kilku dni zbierałam się do spisania anegdot z naszego życia, ale cóż - innym razem - dzień miniony pokrzyżował moje plany. Wczorajszy dzień, tak paskudny, że aż komiczny przyprawił mnie o nieograniczoną chęć podzielenia się naszymi "śmiechowymi" sytuacjami. Chyba potrzeba własna poprawy humoru mnie do tego skłoniła, ale cóż może komuś jeszcze przyda się trochę śmiechu? Czyli startujemy!
Wczorajszy dzień z pozoru zaczął się normalnie i tak sobie biegł gdzieś do około godziny szesnastej, kiedy to postanowiłam zrobić pranie, a dalej, dalej to już była lawina zmniejszających nasze portfele do mikroskopijnych wielkości, ale jakże komicznych zdarzeń. Wróćmy do prania. Już miałam je pakować do pralki, kiedy zawołał mnie mąż, z praniem pobiegłam do niego, rzuciłam je na stół i pomogłam w tym, o co prosił. Następnie wzięłam pranie, wrzuciłam do pralki, nalałam płynu do prania i włączyłam. Po jakimś czasie zaczęłam szukać telefonu... Tu nie ma i tam nie ma - gdzie jest? Nagle mama zawołała mnie i poinformowała, że coś bardzo tłucze się w pralce. Tak, nie dało się ukryć - telefon wzywał z pralki o pomoc. Teraz to możemy w nim zrobić akwarium. A taki ładny był "amerykański", niespełna roczny. Dodałam ogłoszenie o tym, że kupię telefon, przy czym nadmieniłam, co się stało. Dwa komentarze mnie rozbawiły:
 "można powiedzieć, że całkowicie wyczyściłaś swój telefon"
 "nie sprzedawajcie jej ona pierze telefony !"

Dzisiaj natomiast zapytałam męża o której wróci do domu.
- Około 14:00 odpowiedział.
- Ok, jeżeli spóźnisz się i tym razem obiecuję - wypiorę Ci telewizor! ;-)

Z ciekawostek wczorajszego dnia, a właściwie godzin pomiędzy 16-22: mąż wczoraj kupił w jednym z sieciowych sklepów choinkę. O matko! Kiedy przyniósł ją do domu igły leciały niemiłosiernie - tylko facet mógł kupić coś takiego. No trudno. ubraliśmy to coś, żeby chociaż do Sylwestra z nami zostało. W związku z tym nasza tradycja ubierania choinki w Wigilię wzięła w łeb. A szkaradne drzewko okazało się po ubraniu być jedną z ładniejszych choinek, jakie mieliśmy. Paweł postanowił przyjrzeć się dokładnie bombkom, szczególnie tym z lat siedemdziesiątych, które zawiesiłam z wielką pieczołowitością, sprawiając, ze choinka w tym roku jest, jak z mojego dzieciństwa. No i przyjrzał się - dogłębnie - wkładając paluchy w rozetki, tak, że całe bombki popękały. Rozpacz mnie ogarnęła. I trzymała długo. W końcu, kiedy dziecię zechciało pójść spać szarpnęłam drzwiami. *********** (w miejsce gwiazdek możecie wstawić różne przekleństwa, do woli) W rękach została mi część drzwi. Dodam, żeby nie było, że jestem tak silna były to drzwi harmonijkowe. Tym sposobem dzień ostatecznie dobiegł końca.
* A oczywiście Brygada G. to nasza póki co trójka.

czwartek, 18 grudnia 2014

"Basia i narty"

Niedawno wzięłam udział w cudownym konkursie u fantastycznej, zaczytanej mamy - tutaj: http://czytajki.blogspot.com/ Jeden z ulubionych, a właściwie pierwszy jaki pokochałam blog z recenzjami książek dla dzieci. Wiele z proponowanych już kupiłam i ani razu się nie zawiodłam. Ale wracając do Basi, spróbowaliśmy, napisaliśmy i jest już nasza. Wczoraj przyszła, była czytana, oglądana i od nowa i od nowa, jak wszystkie z resztą Basie, które mamy. Teraz odpoczywa sobie spokojnie na półce. Pewnie krótko, aż do kolejnej potrzeby czytania.

Wydawać by się mogło, że "Basia i narty" wydana przez wydawnictwo Egmont będzie swego rodzaju małą instrukcją narciarstwa, że się tak wyrażę. W istocie ta książeczka sięga dalej. Oczywiście uczymy się razem z Basią jazdy na nartach, ale także razem z nią przezwyciężamy strach, uczymy się doceniać bliskich, którzy chociaż nawet czasem wkurzają zawsze są oparciem. Humoru nie brakuje tu, jak i w innych częściach sympatycznych opowieści o perypetiach dziewczynki i jej rodziny.
 Książka oczywiście w pięknej twardej oprawie, z zaokrąglonymi rogami. Co mnie nieco zawiodło? Był niestety i niewielki mankament. W porównaniu z innymi pozycjami z serii w tej ilustracje wypadają nieco blado, a już zdążyłam się przyzwyczaić, że muszą być co najmniej świetne. A tu, o ile kiedy już wyruszamy z Basią w góry możemy podziwiać cudne obrazki na miarę poprzednich części, o tyle, kiedy jesteśmy z nią jeszcze w domu przytłacza szarość ilustracji. Nie mniej jednak książkę oceniam jako bardzo dobrą propozycję z przekazem, zachęcającą oczywiście przy całym swoim uroku do wyjazdu w góry. Nie polecam jej natomiast rodzicom dzieci z gatunku "chcę to, chcę tamto", albo ewentualne pominięcie opisu wszystkich dostępnych pamiątek i słodyczy, jakie Basia dostrzega w drodze.
 

 A dla zainteresowanych pozostałe Basie widoczne na okładce sympatycznej książeczki:

Jeszcze raz dziękujemy autorce bloga "Czytajki - dziecięcych książek czar" za cudowną nagrodę.

środa, 17 grudnia 2014

Projekt grudzień w słowach u Różowej Klary

Dopiero dzisiaj odnalazłam "Projekt grudzień w słowach" i niby po czasie, a właściwie w połowie postanowiłam dołączyć. Decyzja szybka. Plan prosty. Więcej o akcji tu: http://www.rozowaklara.pl/2014/11/projekt-grudzien-w-sowach.html A ja od razu dziękuję, że jako niedobitek mogłam jeszcze dołączyć po dwóch tygodniach. A temat na te dni: Nie mogę żyć bez... Właśnie bez czego ja żyć nie mogę? Niby pierwsze, co przychodzi do głowy; powietrze, woda. Ale tak całkiem serio jest ogrom rzeczy, bez których może i dało by się żyć, ba na pewno by się dało, ale ja sobie tego już nie wyobrażam. Główną i to nie rzeczą, ale esencją życia są ludzie. Ci cudowni, którzy mnie otaczają, Ci wścibscy, Ci wredni, Ci nieżyczliwi, wszyscy, ale oni wszyscy są potrzebni. Nawet od tych nieżyczliwych można się wiele nauczyć - wystarczy tylko odpowiednio patrzeć. Ci bez których nie chcę się nigdy budzić rano i nie chcę, a czasem nawet nie potrafię zasypiać wieczorem.
Rzeczy bez których teoretycznie mogłabym żyć, ale nie chciałabym i nie wyobrażam sobie życia:
  • dach nad głową,
  • ogrzewanie,
  • bieżąca woda,
  • książki <3,
  • internet,
  • kąpiele z olejkami,
  • gorąca herbata, kawa,
  • zakupy!!!
  • drzewa w ogrodzie (nie lubię pustych przestrzeni) :-)
A tak w ogóle nie potrafiłabym żyć bez MARZEŃ ;-)

 

Wigilia - grzane wino, sałatka i telewizja?

Wczoraj zagościłam na pewnym forum, na które od dawna nie zaglądam, ale nadchodzą święta, może jakiś przepis wskoczy, jakiś ciekawy pomysł? Nic z tych rzeczy. Było to samo, co zwykle, kłótnie, wirtualne przepychanki i mieszanie z błotem nieznajomych ludzi. W sumie, czego się spodziewałam - standard. Po przebrnięciu kilku tematów, napisaniu dwóch w miarę sensownych odpowiedzi na zadane sensowne pytania natknęłam się na pewien wpis, który zainteresował mnie jako pierwszy; proponowano w nim wino do kolacji wigilijnej, a osoba, która stwierdziła, że to raczej nie na miejscu została nazwana "rypniętą". Dodam, że chodziło jednak o grzane wino, a nie o pierwszy lepszy trunek w kieliszku. Lekko już zrażona, ale jednak jeszcze nie do końca, bo chyba brakowało mi kolejnego argumentu za tym, ażeby tam nie zaglądać, tym bardziej teraz, przed świętami i dostarczył mi go kolejny wątek. A w nim dowiedziałam się, że święta są bez sensu, po co się stroić na ten jeden wieczór, ze lepiej usiąść tak, jak co dzień. Poza tym, cała ta kolacja jest bez sensu, przecież stać autora odpowiedzi na wytworną kolację każdego dnia. Kolejny argument,  że spotkania z rodziną są bez sensu - idzie się tylko po to, żeby pochwalić się nowym ciuchem, a później i tak każdy każdemu d*** obrabia. Co tam jeszcze z ciekawostek? Sianko pod obrusem - nie modne. A najlepszy pomysł na spędzenie wieczoru to pooglądanie telewizji, to już chyba w innym wątku było. Mądrości było bardzo wiele. Mocno mnie to zdziwiło. Wiedziałam, że ogromny odsetek społeczeństwa nie pójdzie w tych dniach do kościoła, nie odmówi modlitwy przed kolacją i tego byłam bardziej niż pewna. Jakoś zrozumiałam, że sens religijny tych dni się zatracił. No trudno, ale nie podejrzewałam, że zatracił się jakikolwiek ich sens. Jak to będzie u nas? Będzie Wieczerza Wigilijna, będzie dwanaście dań, będzie dzielenie się opłatkiem, ba i sianko pod obrusem będzie. Kocham te chwile, byleby tylko każdy z nas był zdrowy. Twarz męża w blasku lampek choinkowych - jeszcze piękniejsza, kochańsza. Psoty Pawła - rozkoszne, nie denerwują tak, jak w inne dni. A grzane wino? Ani grzanego, ani nie grzanego do kolacji wigilijnej nie będzie. Nie będzie niczego z alkoholem. Po tych moich postach można by pomyśleć, że jestem jakimś jego wrogiem. Nie, nie jest tak. W kolejnych dniach pewnie znajdzie się na stole lampka wina, a może i coś mocniejszego. A dla mnie jeżeli już piwo owocowe. Ale w Wigilię w moim domu panuje zasada braku alkoholu i będę dalej celebrować ten dzień w taki sposób. Ktoś podał argument, że przecież i tak połowa ludzi na Pasterce jest "nabita". Ok, ale co komu przeszkadza, że ktoś należ do tej drugiej połowy, tego już nie rozumiem. Pasterka - właśnie... Też pójdę, jeśli będzie taka możliwość i jeśli nie zaśpię, bo wszystko możliwe. Lubię kościół wypełniony ludźmi i melodię "Bóg się rodzi". Dla mnie to jest tak świąteczne, że ładuje akumulatory na długo i sprawia, że kocham mocniej, bardziej, wybaczam. Zmierzam też założyć bardziej "odświętne" ubranie, wyjąć najlepszą zastawę i nikt mi nie powie, ze chcę się przed kimś popisać, bo Wigilię spędzamy w gronie domowników. I tym, którzy myślą tak, jak ja, i tym, którzy się ze mną absolutnie nie zgadzają życzę wymarzonych świąt.

wtorek, 16 grudnia 2014

Zła matka - cierpliwości brak

Wczoraj postanowiłam od rana wziąć się za porządki. Przyniosłam drabinę, zaczęłam myć sufity, zdjęłam firanki i tak dalej. Przy czym Paweł wyszedł chyba z założenia, że na jedną rzecz sprzątniętą przez matkę powinno przypadać dwie rzeczy, rozwalone, zepsute, rozlane przez niego. I tak upływał nam dzień mniej więcej do godziny 12, kiedy to Paweł zaczął dostawać dosłownie szału. Rozkazał matce szukać układanki, matka rozkazów nie lubi, tym bardziej od niego, a jeszcze bardziej z uwagi na to, że swoich malutkich, wstrętnych czterech liter nie ruszył, żeby pomóc i wydzierał się na całe gardło siedząc na kanapie. Toteż matka nie ruszyła swoich zacnych i nieco większych czterech liter, żeby rzucić się na poszukiwanie zagubionych elementów układanki, za to zaczęła tłumaczyć początkowo ze spokojem, że jeżeli Młody pomoże, to chętnie z nim poszuka. Po kilku próbach, kiedy darcie zaczęło być nie do zniesienia matka wyszła zostawiając rozdarte stworzenie za drzwiami. Stworzenie przestało wydawać nieznośne dźwięki, matka wróciła uspokajając zszargane nerwy, pobawiła się, zaczęła kolejny raz sprzątanie i po pięciu minutach akcja rozpoczęła się od nowa. No i tak sobie wkurzaliśmy się nawzajem przez kilka godzin, a sprzątanie jakimś cudem samo się nie zrobiło.Wieczór również miły, a jakże! Matka wyjęła z szafy nowe firany i wzięła się za wieszanie, bo pozostałe rzeczy były posprzątane na tyle, że można się było wreszcie za to zabrać i... Dopiero teraz się wkurzyła! Były to firanki z rodzaju makaronów z kryształkami nawlekanymi na niteczki, a były tak potwornie splątane w jednym miejscu, z pomocą słów niecenzuralnych i  energy drinka (którego zwykle nie piję) zaczęło się rozplątywanie, ręce mdlały, kręgosłup odmawiał posłuszeństwa, ale matka była twarda przez ponad dwie godziny dzielnie walczyła. W końcu przyszedł tatuś i z pomocą cudownych nożyczek za nim matka zdążyła zaprotestować, odciął to, co się zapętliło. Radość matki dziś jest z tego powodu większa, niż wczoraj, bo kolejne 4 godziny trwało rozplątywanie odciętego już supła z kilku nitek. Po czym matka przywiązała je do miejsc po ocięciu. Nie jest źle, chociaż mogło być lepiej. Firana z typu jednorazówek. Ale wracając do dnia wczorajszego; Paweł przed snem zagubił ulubionego przytulaka, darcia było, co niemiara. Głos ma taki, że nawet podejrzewać by go o to nie można. Na szczęście i tym razem po godzinie poszukiwań tata okazał się wybawieniem i mogliśmy spokojnie się położyć. Cudownie - matka zasnęła jak niemowlę. Dzisiaj obudziliśmy się z katarem, znaczy Młody, ale sytuacja dotyka raczej wszystkich. Taty nie ma i przez kolejne trzy dni nie będzie. Za oknem szaro, aż patrzeć się nie chce - żyć nie umierać. Za chwilę kawa i może będzie lepiej. Jest jeden plus całego wczorajszego absurdu - chociaż matka nadal cierpliwości nie ma, a nerwowa, jak wściekły pies (no dobrze, może nie aż tak, może jak lis), to jednak nauczyła się nie reagować zbyt nerwowo na zachowanie Pawła, potrafi odejść, przeczekać, uspokoić się i nie drzeć mordy. W porównaniu z tym, jak było, kiedy Młody był całkiem malutki, to niebo, a ziemia. Kiedyś matka, albo wrzeszczała (raczej sama na siebie), albo brała niemowlaka i płakała rzem z nim z bezsilności. A było nad czym, bo Młody chyba odziedziczył wszystko, co najgorsze i po matce i po ojcu. Tak, czy owak plusy jakieś są, chociaż nikłe przy całym koszmarnym dniu i dzisiejszej poprawce.

niedziela, 14 grudnia 2014

Puzzle Reksio Alexander

Post na temat tych puzzli kołatał mi się po głowie od momentu, kiedy dotarły do naszego domu, czyli tuż przed mikołajkami. Jednak cały czas mówiłam o momencie bliżej nieokreślonym w przyszłości. Aż wreszcie dziś przyszło mi do głowy, że do świąt pozostało zaledwie dziesięć dni, przecież to tak niewiele i gdyby komuś puzzle przypadły do gustu to jest to ostatni moment, żeby nabyć je jako prezent świąteczny.
Puzzle okazały się wybiegać daleko poza wyobrażenia o nich. Kiedy zamawiałam je na stronie dyskontu przeczytałam jedynie, że są to puzzle Maxi. Ok, pomyślałam, pewnie będą takie, jak te, które mamy już w domu, świetnie. Opakowanie, które odbierałam od listonosza okazało się wyjątkowo duże biorąc pod uwagę to, co miało zawierać. Kiedy je otworzyłam książki były jako to książki, natomiast pudełko puzzli było spore. No nic, musiałam poczekać do 6 grudnia, żeby sprawdzić co zawiera. Paweł otworzył pudełko i moim oczom ukazały się na prawdę ogromne puzzle, a biorąc pod uwagę cenę to rozmiar był wręcz niebotyczny.
A teraz wszystko na ich temat i według mnie są to same plusy:
  • wyprodukowane w Polsce,
  • 20 maxi elementów,
  • rozmiar układanki po złożeniu to 47cm x 67 cm
  • zimowy, świąteczny obrazek z ulubieńcem dzieci - sympatycznym pieskiem Reksiem
  • puzzle raczej grube i raczej trwałe biorąc pod uwagę, że przeżyły z Pawłem kilka dni bez uszczerbków

Według mnie układanie tych puzzli będzie świetną organizacją kilku chwil świątecznego popołudnia, a obrazek jednym z elementów budujących świąteczny nastrój.
Układankę zakupić można w wielu sklepach, w różnych cenach, ja nabyłam tu: http://aros.pl/ksiazka/puzzle-maxi-reksio-boze-narodzenie-20. Na ten moment sprzedający informuje, że pozostało 28 egzemplarzy. My jesteśmy z zakupu bardzo zadowoleni; świetne puzzle za bardzo niewielką cenę.

sobota, 13 grudnia 2014

Dziękuje, nie piję

Można by rzec; "dziękuję, nie piję, swoje już w życiu wypiłam", ale chyba aż tak źle nie było. Idąc od początku, kiedy miałam lat 17-18 to był okres mojego życia bardzo burzliwy. Nastolatki statystycznie przechodzą bunt wcześniej, cóż, ja najwidoczniej byłam opóźniona. Wypady tam, gdzie chodzić się raczej nie powinno, wagary (brakowało mi 2 godzin do wyrzucenia ze szkoły, na szczęście do złych uczniów nie należałam, tak że skończyło się na poprawnym zachowaniu), imprezy z alkoholem. Nie będę udawać, że były to alkohole z wyższej półki. Biorąc pod uwagę cenę 3,50 zł za butelkę wina, to raczej nie było to Chianti. Głupota na szczęście kiedyś minęła, później zdarzało mi się wypić piwo ze znajomymi, dobre wino z mężem, czy parę kieliszków na weselu, nie tylko własnym. Od połowy lutego tego roku nie piję alkoholu, nie ważne jakiego, po prostu mi nie smakuje. Zdarzyło mi się dwa kieliszki na weselu - tortura okropna, ale cóż zrobić, kiedy byłam jakaś spięta, a po jednym przeszło, jak ręką odjął. Niestety mój żołądek nie podzielał radości umysłu, już nawet przełyk protestował. Dlatego staram się nie pić, jak to mówią nie wchodzi mi. Niby to proste powiedzieć "nie". Gdybym zliczyła te wszystkie razy, kiedy odmówiłam i za chwilę, albo zostałam wprost spytana, czy jestem w ciąży, albo zostało to stwierdzone, albo dało się zaobserwować porozumiewawcze spojrzenia. Wkurza mnie to, ale chyba żeby tego uniknąć powinnam każde spotkanie zaczynać od "nie jestem w ciąży". Bez przesady... To nic przynajmniej ja niby jestem w stanie błogosławionym, natomiast mój mąż dla odmiany, jeżeli nie ma ochoty, albo nie może bo jest kierowcą, to najczęściej zostaje pantoflarzem, a nie daj Boże, żebym ja się odezwała, kiedy ktoś go namawia. Przecież to obraza majestatu, przecież on ma się baby nie bać. Nie należę do tych kobiet, które zabraniają, fakt, czasem zdarza mi się powiedzieć na ucho "może już dość", ale nie wrzeszczę, nie wyrywam kieliszka na siłę, zdarzyło mu się parę razy przesadzić, na palcach u jednej ręki mogę te sytuacje policzyć, no cóż ja na drugi dzień nie odchoruję, tylko on. Poza tym przyznaję, że i mnie od dnia ślubu, przez te pięć lat, ze trzy razy zdarzyło się wypić za dużo i nikt mi z tego powodu awantur nie robił, chociaż raz mąż za karę schował mi wodę i musiałam się zadowolić tą z kranu, ale fakt - zasłużyłam.Tak, czy inaczej wszędzie akcje "prowadzę, nie piję" i tak dalej. W pełni się z tym zgadzam i nie wyobrażam sobie, jak można zachować się inaczej, ponadto uważam, że kary dla pijanych kierowców powinny być wyższe. Raz się takiemu uda przejechać, drugi raz może też, a trzeci być może już niekoniecznie, a po drodze może napotkać Ciebie, mnie, twoje lub moje dziecko. Za każdym razem, kiedy słyszę o wypadkach spowodowanych przez takich kierowców myślę o tym, że też mogłam na takiego trafić gdzieś na ciemnej drodze, w nieodpowiedniej chwili. Dlatego nie wyobrażam sobie, jak można być tak lekkomyślnym i zrobić coś takiego. Siebie mogę nazwać niedzielnym kierowcą, prowadzę głównie wtedy, kiedy mąż nie może, ale przyznam szczerze, że mimo niedociągnięć jazdy zachowuję zdwojoną ostrożność i dostosowaną prędkość, choć czasem korci nacisnąć mocniej, bo mam "ciężką nogę", ale jednak jeżdżę z przepisową prędkością. Ale co się tyczy picia, sami namawiamy jedni drugich, sami nakłaniamy do popełnienia niewybaczalnego błędu. Momentami, wydaje mi się, że mamy do czynienia z piętnowaniem tych, którzy napić się nie mogą, czy nie chcą. Nie wiem, co mam więcej powiedzieć, może dorośnijmy?

piątek, 12 grudnia 2014

Snikers, sernik puszysty i szachownica

Na życzenie Kasi przepisy na dwa ciasta, plus gratis sernik, bo jest obłędny. Kiedy byłam dzieckiem pamiętam, jak kupowało się taki na święta, na styropianowych tackach, szczelnie owinięty folią. Ten smak powrócił jakiś czas temu dzięki cudownemu przepisowi. Przyznam szczerze, że kilkakrotnie próbowałam zrobić sernik z gotowego sera sernikowego i ani razu się nie udało tak, jak powinno, aż trafiłam na ten przepis. Po prostu cudo, jakby wypełniony bąbelkami, delikatny, pyszny.
Przepis znajdziecie tu: http://smakolyki-moniki.blogspot.com/2013/02/sernik-puszysty.html

Jedyne, co zmieniłam, a właściwie dodałam w przepisie, to biorąc pod uwagę, że użyłam sera sernikowego waniliowego z Biedronki i wydawał się on dość rzadki, dodałam cztery porządne łyżki kaszy manny. Poza tym ciasto upiekłam jednego dnia i pozwoliłam mu przeleżeć w piekarniku do kolejnego dnia. Urzekło mnie smakiem.

Snikers,

Oryginalny przepis na ciasto znajdziecie tutaj http://www.domowe-wypieki.pl/przepisy-ciasta-inne/383-przepis-na-ciasto-snikers. Ciasto wypróbowane, pyszne. Jedyne co zmieniłam, to z braku wystarczającej ilości orzechów do ozdobienia wierzchu ciasta użyłam wiórek. Także smakowało mi bardziej niż wiele innych i dlatego znajdzie się na świątecznym stole.


Szachownica
Przepis, nieco zmodyfikowany pochodzi z "Wielkiej księgi ciast siostry Anastazji". Książkę dostałam w prezencie i uwielbiam ją. W oryginale placek nazywa się "ciasto szach-mat". Z racji, że moje ma trochę inny biszkopt i i parę kolejnych zmian, to i zmiana nazwy nastąpiła.
Składniki:

Biszkopt
  • 5 jajek
  • 1 szklanka cukru
  • 0,5 szklanki mąki pszennej
  • 0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 czubate łyżeczki kakao
Białka ubijamy na pianę, dodajemy cukier, mieszamy, dodajemy kolejno żółtka, mieszamy, następnie dodajemy mąki wymieszane z proszkiem do pieczenia i kakao jeszcze raz jak najdelikatniej mieszamy. Pieczemy około 25 minut w 180 stopniach.

Masa:
  •  gotowy krem waniliowy
  • 6 łyżeczek żelatyny
  • 0,5 litra śmietany kremówki
  • cukier puder do smaku
  • kilka kropel ulubionego aromatu do ciast
Krem przygotowujemy według przepisu na opakowaniu (ja przygotowałam krem, do którego dodaje się tylko mleko). Żelatynę rozpuścić w 0,5 szklanki wody. Dokładnie wymieszać i ostudzić. Śmietanę ubić z cukrem, dodać żelatynę. Połączyć krem z masą śmietanową i niewielką ilością aromatu.

Dodatkowo:
  • starta czekolada do posypania
Biszkopt przekroić na dwa blaty - grubszy i cieńszy. Grubszy pokroić na paski o grubości około 1 cm. Układamy: cienki biszkopt niewielka ilość masy, połowa pasków, w odległości 1 cm od siebie, w pustą przestrzeń masa, następnie podobnie druga warstwa, ciasto na białą masę, biała masa na paski ciasta z poprzedniej warstwy. Całość wyrównujemy resztą masy, posypujemy startą czekoladą.

Ciasto wygląda mniej więcej tak: http://domowetorty.bloog.pl/id,338654216,title,CIASTO-SZACH-MAT,index.html?smoybbtticaid=613f77