sobota, 13 grudnia 2014

Dziękuje, nie piję

Można by rzec; "dziękuję, nie piję, swoje już w życiu wypiłam", ale chyba aż tak źle nie było. Idąc od początku, kiedy miałam lat 17-18 to był okres mojego życia bardzo burzliwy. Nastolatki statystycznie przechodzą bunt wcześniej, cóż, ja najwidoczniej byłam opóźniona. Wypady tam, gdzie chodzić się raczej nie powinno, wagary (brakowało mi 2 godzin do wyrzucenia ze szkoły, na szczęście do złych uczniów nie należałam, tak że skończyło się na poprawnym zachowaniu), imprezy z alkoholem. Nie będę udawać, że były to alkohole z wyższej półki. Biorąc pod uwagę cenę 3,50 zł za butelkę wina, to raczej nie było to Chianti. Głupota na szczęście kiedyś minęła, później zdarzało mi się wypić piwo ze znajomymi, dobre wino z mężem, czy parę kieliszków na weselu, nie tylko własnym. Od połowy lutego tego roku nie piję alkoholu, nie ważne jakiego, po prostu mi nie smakuje. Zdarzyło mi się dwa kieliszki na weselu - tortura okropna, ale cóż zrobić, kiedy byłam jakaś spięta, a po jednym przeszło, jak ręką odjął. Niestety mój żołądek nie podzielał radości umysłu, już nawet przełyk protestował. Dlatego staram się nie pić, jak to mówią nie wchodzi mi. Niby to proste powiedzieć "nie". Gdybym zliczyła te wszystkie razy, kiedy odmówiłam i za chwilę, albo zostałam wprost spytana, czy jestem w ciąży, albo zostało to stwierdzone, albo dało się zaobserwować porozumiewawcze spojrzenia. Wkurza mnie to, ale chyba żeby tego uniknąć powinnam każde spotkanie zaczynać od "nie jestem w ciąży". Bez przesady... To nic przynajmniej ja niby jestem w stanie błogosławionym, natomiast mój mąż dla odmiany, jeżeli nie ma ochoty, albo nie może bo jest kierowcą, to najczęściej zostaje pantoflarzem, a nie daj Boże, żebym ja się odezwała, kiedy ktoś go namawia. Przecież to obraza majestatu, przecież on ma się baby nie bać. Nie należę do tych kobiet, które zabraniają, fakt, czasem zdarza mi się powiedzieć na ucho "może już dość", ale nie wrzeszczę, nie wyrywam kieliszka na siłę, zdarzyło mu się parę razy przesadzić, na palcach u jednej ręki mogę te sytuacje policzyć, no cóż ja na drugi dzień nie odchoruję, tylko on. Poza tym przyznaję, że i mnie od dnia ślubu, przez te pięć lat, ze trzy razy zdarzyło się wypić za dużo i nikt mi z tego powodu awantur nie robił, chociaż raz mąż za karę schował mi wodę i musiałam się zadowolić tą z kranu, ale fakt - zasłużyłam.Tak, czy inaczej wszędzie akcje "prowadzę, nie piję" i tak dalej. W pełni się z tym zgadzam i nie wyobrażam sobie, jak można zachować się inaczej, ponadto uważam, że kary dla pijanych kierowców powinny być wyższe. Raz się takiemu uda przejechać, drugi raz może też, a trzeci być może już niekoniecznie, a po drodze może napotkać Ciebie, mnie, twoje lub moje dziecko. Za każdym razem, kiedy słyszę o wypadkach spowodowanych przez takich kierowców myślę o tym, że też mogłam na takiego trafić gdzieś na ciemnej drodze, w nieodpowiedniej chwili. Dlatego nie wyobrażam sobie, jak można być tak lekkomyślnym i zrobić coś takiego. Siebie mogę nazwać niedzielnym kierowcą, prowadzę głównie wtedy, kiedy mąż nie może, ale przyznam szczerze, że mimo niedociągnięć jazdy zachowuję zdwojoną ostrożność i dostosowaną prędkość, choć czasem korci nacisnąć mocniej, bo mam "ciężką nogę", ale jednak jeżdżę z przepisową prędkością. Ale co się tyczy picia, sami namawiamy jedni drugich, sami nakłaniamy do popełnienia niewybaczalnego błędu. Momentami, wydaje mi się, że mamy do czynienia z piętnowaniem tych, którzy napić się nie mogą, czy nie chcą. Nie wiem, co mam więcej powiedzieć, może dorośnijmy?

12 komentarzy:

  1. Też nie lubię pić... i już się chyba powoli wszyscy do tego przyzwyczajają, bo nie proponują i nie zmuszają do czegoś, czego nie chcę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że tak będzie i u mnie z czasem, bo w sumie nie mam ochoty na żaden alkohol dopiero od lutego. Oby było tak, jak u Ciebie.

      Usuń
  2. Najbardziej mnie właśnie denerwuje jak się mówi "nie dziękuję", a wtedy pytania te wszystkie pytania i namawiania. Nie chcę i nie pije i już. Może z czasem sie to zmieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, oby tak właśnie było, czasami już wolę niczego nie prostować, bo mam dosyć. :-(

      Usuń
  3. Nie znoszę ludzi namawiających innych na alkohol. Jest mnóstwo osób, które nie rozumieją nie. "A czemu nie?" , "Tylko kieliszek chociaż"... Mnóstwo jest sytuacji, w których nie miałam ochoty nawet na ten kieliszek. Nie, bo nie. Teraz w ciąży mam spokój.. I trochę podobnie do Ciebie miałam czas, w którym piłam więcej niż zwykle, ale to już dawno za mną.. :) Pozdrawiamy z gór!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to masz niewielką chwile spokoju, niestety tylko chwilę, a później pewnie powtórka :-P Gdybyście byli tak mili, to poproszę chociaż trochę śniegu (zostawię sobie na święta ;-) ) Ja też mogę pozdrowić prawie z gór - Świętokrzyskich ;-P Tak, że ciepłe pozdrowienia z domu ;-) Szczególnie dla Bąbelka :-*

      Usuń
    2. Próbowałam wykraść trochę śniegu, ale chyba słabo mi to wyszło.. Do domu przywiozłam deszcz.. :( Bąbelek przesyła "kopniaczki" :)

      Usuń
    3. Jak czasem tęsknię za tymi kopnieczkami :-* Rozmarzyłam się... No roztopiony śnieg mnie nie ratuje. Ciężko będzie to przeżyć, ale jakoś trzeba ;-)

      Usuń
  4. Ja tam nie namawiam. Sama tez namowom innym nigdy nie ulegałam i nie mam zamiaru tego zmieniać. Sporadycznie zdarza mi się wypić alkohol. Co prawda nie pamiętam już kiedy ostatni raz, będzie już chyba przeszło dwa lata. ;)
    Alkohol jest dla ludzi ale trzeba go pić z głową. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie nakłaniać na siłę. ;-) Masz silny charakter i to się ceni, mnie nie zawsze udawało się obstać do końca przy swoim "nie".

      Usuń
  5. Ostatnio Wam powiem, że mam większą ochotę wypić sobie wieczorem z mężem lampkę wina niż byłam panienką. Nie lubiłam pić, zawsze było we mnie takie uczucie strachu przed kacem :P

    OdpowiedzUsuń
  6. A u mnie odwrotnie i sama nie wiem czemu, nawet będąc w ciąży walczyłam z ochotą na advocata. ;-)

    OdpowiedzUsuń