poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wypadki chodzą po ludzich - byle tylko nie okazały się tragedią

Od wczoraj, od kiedy obejrzałam wiadomości nie mogę przestać myśleć o chłopcu, który wyszedł z domu w nocy, w piżamce i skarpetkach i został znaleziony w skrajnej hipotermii. Cały czas, kiedy myśli wracają do tego maluszka patrzę na mojego syna i myślę, że też mógłby być na jego miejscu. Uważam się za raczej odpowiedzialną matkę, która tyle, ile może, aby jej dziecko było bezpieczne. Ale cóż z tego? Jak wiele zależy od szczęścia, a jak mało od nas, możemy tylko mieć nadzieję, że nas osobiście nic złego nie spotka, że nam uda się wyjść ze wszystkiego cało. Sytuacje, w których Młodemu mogła stać się krzywda są bardzo liczne, od tych banalnych, po te, które mrożą krew w żyłach na myśl o tym, że to mogło spotkać nasze dziecko. Może zacznijmy od zwykłego szczepienia, jakie przeszedł mając trzy miesiące, a następnie dzień później zaczął gorączkować powyżej 40 stopni, wymiotować, płakać nieprzerwanie. Po fakcie jakby cofnęły się wszystkie nabyte już umiejętności, dziecko leżało nieruchomo, przestało gaworzyć, ruszać rączkami i tak dalej, a ja myślałam co będzie dalej, co z moim synem i doczekałam się, po dwóch tygodniach wszystko zaczęło wracać do normy. Każdej z osobna sytuacji nie będę przytaczać, ale kilka, nie wiem, czy dla przestrogi, bo wielu z tych strasznych momentów naszego życia nie można było zaradzić. Kiedyś Paweł został z tatą i przechadzał się po chodniku, tak nieporadnie postawił nóżkę, że kiedy wróciłam guz był rozmiarów, jakich sobie wyobrazić wcześniej nie mogłam i nie pozwalał mu otworzyć oka. Kolejnym razem, właśnie najbardziej zbliżonym do tego, co przytrafiło się maluchowi w Racławicach, poszłam umyć włosy, mama była w kuchni, Paweł w pokoju, bawił się zabawkami. Młody miał wtedy półtorej roku. Kiedy wróciłam nie było go już w pokoju, poszłam do mamy, tam też go nie było, wróciłam jeszcze raz do pokoju w którym się bawił, wołałam, szukałam za meblami. Spojrzałam odruchowo w okno i natknęło mnie - furtka z ogrodu na drogę była otwarta. Ale przecież mój mały synek nigdy sam nie wyszedł z domu do ogrodu, przed domem były wysokie, betonowe schody, za trudne do samodzielnego przejścia. Przez głowę przelatywało mi milion myśli, biegłam do drzwi - o Boże otwarte -, wybiegłam z domu na drogę i był tam, szedł poboczem, około 30 metrów od domu. Pobiegłam za nim, wytłumaczył mi, że przejeżdżał traktor i pomyślał, że to tata. Długo dochodziłam do siebie, byłam na siebie wściekła, przecież zawsze zamykam drzwi, jeden raz ktoś nie zamknął drzwi i furtki, a on wyszedł i poszedł sobie, mój malutki synek, sam. Jeszcze jedna sytuacja, której nie będę już tak dokładnie opisywać, Paweł bawił się w ogrodzonym ogrodzie, mama na chwilę odeszła widząc, że dziecko doskonale bawi się w piaskownicy. Po chwili usłyszałam zatrzymujący się samochód, ciemny bus, kiedy wybiegłam stał przy furtce, jakiś mężczyzna wsiadł szybko i odjechał. Pawełka nigdzie nie było, wołałam głośno, co ja mówię, darłam się po prostu, a nikt nie odpowiadał. W końcu dojrzałam go w rogu ogrodu, ukrytego między gałęziami choinki. Takiego lęku nie czułam nigdy wcześniej, ani na szczęście później. Wiem, jak nie wiele trzeba, aby stało się coś złego. Staram się o tym nie myśleć, ale w takich chwilach, jak ta, kiedy myślę o tym małym chłopcu, o tym, co czują jego rodzice, serce pęka mi na milion kawałków i proszę Boga tylko o to, aby było dobrze, żeby wyzdrowiał, taką maleńką istotkę nie powinna spotykać taka krzywda.
A tak z innej beczki mnie też dzisiaj spotkało moje malutkie nieszczęście i mogę tylko się cieszyć, że tak to się skończyło. Młody poprosił o zabawkę, którą jakiś czas temu wyniosłam na strych. Wyszłam po nią po schodach, spróbowałam podnieś właz i przesunął się, przycisnął mi rękę, od razu nogi zsunęły się ze schodów. Momentalne osunęłam się w dół, szarpniecie było tak silne, że byłam niemal pewna, że bark będzie wyszarpnięty. Cały ciężar ciała utrzymywała ręka wisząca, zgniatana między włazem, a betonem. Jakoś udało mi się wciągnąć na schody, wyszarpałam dłoń i ruszyłam ręką, bolało, jak nie wiem, ale mogłam ruchać ręką, mogłam też ruszać palcami. Co prawda ręki nie czułam, ale wszystko działało, po jakichś pięciu minutach naprawdę silnego bólu jakoś doszłam do siebie, ale na strych na razie się nie wybieram, ciekawe, kiedy dłoń się zagoi :-(
 I moja cudowna rączka ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz