wtorek, 29 grudnia 2015

Lekkie sałatki po świątecznym objadaniu

Zwykle po świętach przychodzi okres, kiedy mamy już dosyć ciężkiego jedzenia, ciast i sałatek ociekających majonezem. Szczerze przyznaję, że w tym roku moim poświątecznym marzeniem był żurek, a Sylwester upłynie pod znakiem pizzy. Prawdą jest też bez wątpienia, że lekką sałatką nie pogardzę nigdy. Oto dwa przepisy, które sprawdzają się u nas rewelacyjnie, a przygotowanie zajmuje parę chwil.

Lekka sałatka z kurczakiem

Składniki:
  • sałata
  • ogórek szklarniowy
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • cebula czerwona albo sałatkowa
  • około pół kilograma piersi z kurczaka 
  • przyprawa kebab-gyros
  • mały jogurt grecki lub naturalny
  • 2 łyżki majonezu (u nas Kielecki)
  • odrobina przyprawy Tzatziki

Liście sałaty dzielimy na małe kawałki. Pierś z kurczaka kroimy w kostkę, mieszamy z odrobiną oleju i przyprawą do gyrosa, następnie odstawiamy do lodówki na pół godziny i smażymy. Ogórka kroimy w większą kostkę, cebulę w piórka, pomidorki na pół. Wszystkie składniki mieszamy.


Jogurt mieszamy z majonezem i przyprawą, polewamy sałatkę - gotowe ;-)

Ulubiona sałatka z tuńczykiem

Składniki:
  • opakowanie mix-u sałat z rukolą
  • 2 puszki tuńczyka w sosie własnym
  • opakowanie sera sałatkowego półtłustego
  • pomidory (ilość według uznania)
Do miski wsypujemy sałaty, dodajemy tuńczyka wraz z zalewą, pokrojony w kostkę ser i pokrojonego w kostkę pomidora. Ciężko o szybszą w wykonaniu sałatkę, a efekt jest pyszny.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Witaj cukrzyco - żegnaj spokoju

Zawsze wydawało mi się, że w cukrzycy najgorsze jest podawanie sobie insuliny. "Coś okropnego" - myślałam i byłam przekonana, że sama za skarby świata nie byłabym w stanie sobie jej zaaplikować. Życie, jak zwykle wszystko zweryfikowało, mało tego, że cukrzyca przyplątała się nieproszona, to okazało się, że absolutnie nie iniekcje były moją najgorszą zmorą.
W ciąży z Mikołajem ogólnie czułam się znacznie gorzej. Proste sprawy na które w ciąży z Pawłem nie zwracałam uwagi i wykonywałam machinalnie stały się nie do przebrnięcia. Już pod koniec kwietnia uskarżałam się lekarzowi prowadzącemu na to, że jest mi ciężko dotrzeć na wizytę. Po drodze musiałam się zatrzymywać kilkakrotnie, bo było mi słabo. W poprzedniej ciąży na trzy dni przed porodem, z ogromnym brzuchem wytrzymałam godzinę w kościele, teraz nie chodziłam tam wcale. Kilka minut i ledwie pełzłam zielona na twarzy poszukując na zewnątrz miejsca by usiąść i złapać oddech. Ginekolog od razu podejrzewał cukrzycę, z testem obciążenia kazał jednak zaczekać.
Im dalej tym czułam się znacznie lepiej, dolegliwości znacznie się zmniejszyły i kiedy odbierałam wynik testu obciążenia glukozą byłam niemal pewna, że wszystko jest OK. Czym miałam się przejmować, przecież byłam już w ciąży i żadna cukrzyca mnie nie dopadła, a i samopoczucie było już znacznie lepsze. Wynik nie budził zastrzeżeń, cukier na czczo 67, czyli nawet poniżej normy, ale za to cukier po godzinie i po dwóch ponad normy. Nie było to jakoś bardzo wiele ponad normę, ale jednak, wyciągnęłam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu i już za dwa dni zgłosiłam się do poradni diabetologicznej.
Od razu dostałam glukometr, na początek bez recepty na paski, których cena była powalająca, książeczkę, w której miałam zapisywać pomiary, pobieżne zalecenia dotyczące diety i instrukcje korzystania z tych wszystkich dobrodziejstw, z tym, że przy wymianie lancet i tak korzystałam z instrukcji na You Tube.
*Glukometr i paski na zdjęciu nie są tymi, których używałam podczas ciąży

Tak upłynął mi tydzień, dziwny tydzień, kiedy okazało się, że mój organizm szaleje podnosząc niebotycznie poziom glukozy we krwi po każdym możliwym pieczywie. Szukałam wyjścia, eliminowałam, chociaż czasem okazywało się, że coś, co podnosić cukru nie powinno windowało go w górę, a inny produkt teoretycznie niewskazany trzymał go na prawidłowym poziomie. W czerwcu, kiedy truskawki kusiły, czereśnie wołały do mnie "jedz nas" mnie pozostawało patrzenie i zastanawianie się jak to możliwe, że w czasie, kiedy powinnam spełniać swoje zachcianki ja muszę zrezygnować nawet z tego, czym do tej pory mogłam raczyć się do woli. Tydzień minął, poznałam uroki kucia się kilka razy dziennie, odliczania kalorii i planowania każdego posiłku. Zaprzyjaźniłam się z glukometrem i zaczęłam walczyć z pojawiającą się już kilkakrotnie w ciągu tych paru dni hipoglikemią, która mogła być dla malucha gorsza, niż wysoki poziom glukozy. Niedocukrzenie u mnie nie pojawiało się powoli, dając pierwsze nikłe objawy, zjawiało się nagle i momentalnie prawie nic nie widziałam, po około pół godziny od podniesienia poziomu cukru zaburzenia wzroku ustępowały, ale strach o dziecko pozostawał.

Na kolejnej wizycie dostałam receptę na paski, oraz na paski do mierzenia obecności ketonu w moczu, który mógł świadczyć o niedożywieniu. Keton faktycznie pojawił się 6 razy, przy czym raz w towarzystwie zbyt wysokiego poziomu cukru, ale to już było nieco później. Katowałam się dietą rezygnując z masy produktów, a cukier mimo wszystko robił swoje i tak oto 16 lipca musiała zaprzyjaźnić się z kimś jeszcze, kogo panicznie się obawiałam, pojawiła się insulina. Początkowo w niewielkich dawkach do śniadania, do kolacji i długo działająca podawana o 22:00, która miała unormować glukozę na czczo. Dawki powoli się zwiększały aż do końca ciąży, na szczęście pozostając przy przyjmowaniu tylko trzy razy.
Pierwsze ukłucie - dziwne uczucie, bierzesz igłę i wbijasz w ciało, później okazuje się, że wcale nie jest tak źle, okazuje się nawet, że przy umiejętnym podaniu wstrzyknięcie boli mniej niż ukłucie palca do badania, chociaż palce po miesiącu kłucia minimum 6 razy każdego dnia też przestały cokolwiek odczuwać. W końcu okazało się, że dieta była dla mnie znacznie większym ograniczeniem niż stosowanie insuliny. W ciągu całej ciąży moja waga zwiększyła się o 4 kilogramy, przy czym Mikołaj ważył 3,800 gram.

Grunt to dobry diabetolog i nie przejmujcie się, jeżeli i was to dopadnie. Jeśli ktoś miałby kiedyś jakiekolwiek pytania chętnie opowiem.

niedziela, 27 grudnia 2015

Podziwiam Cię!

Dopóki nie urodził się Mikołaj nie miałam pojęcia, jak mało wiem, jak niewiele wiem o życiu, może to kolejne doświadczenia potęgują nasze, albo powiedzmy moje uczucie niewiedzy? Z każdym kolejnym nowym przeżyciem, które niby zawsze ubogaca mnie w doświadczenie, chociaż może nie zawsze jestem z tego zadowolona, odczuwam w większym stopniu dotychczasową niewiedzę i doceniam wiedzę innych.
Leżąc w szpitalnej sali, oglądając nowo narodzonego syna (właściwie to dopiero ponad 24 godziny po tym, jak przyszedł na świat) początkowo w wyznaczonych godzinach, następnie kiedy to on tego chciał, bo mnie potrzebował, potrzebował mojego mleka, ciepła, czułości. Patrzyłam na innych rodziców. Oni spędzili tam tygodnie, miesiące, łączyła nas niepewność tego, kiedy wyjdziemy, kiedy wreszcie wrócimy do domu. Dla mnie ten tydzień był wiecznością, nie wyobrażam sobie, co oni czuli. Rodzice, których również po opuszczeniu szpitala czekała niepewność, rodzice, których dzieci borykały się niejednokrotnie z chorobami już w życiu płodowym, rodzice maluszków, które często przechodziły operacje już w łonie matki. Podziwiam Was. Jesteście cudowni, przez chwilę poznałam garstkę z Was, poczułam nić bliskości, poznałam niekiedy zupełnie przypadkiem Wasze historie, dzieje walki o wasze maleństwa, wolę życia tych cudownych bohaterów. Podczas badań, w drodze po podpis na karteczce przy wypisie mimowolnie rzuciłam okiem na skarby umieszczone w inkubatorach, rodziców, którym nie jest dane wziąć dziecko w ramiona, którzy głaskają delikatną rączkę, czytają książeczkę, opowiadają bajki i chwile spędzone w domu, albo snują historyjki o tym jak to będzie w domu i jakie cuda czekają tam na maluszki. Kangurowanie, czysta magia, dotyk, być może po kilku tygodniach samego jedynie patrzenia. Rodzice wcześniaków, maluszków, z problemami zdrowotnymi jesteście wielcy!
Kiedyś wchodziłam na stronę Fundacji Wcześniak, czytałam historie życia maleństw, ale to było obok i chyba kto nie widział, nie był blisko nie zrozumie. Nie wiem, wiem tak niewiele, tyle, ile widziałam, Wy wiecie bardzo wiele, czujecie to na własnej skórze. Nie chodzi o rozłąkę, o zazdrość kierowaną do innych matek, których dzieci są przy nich, kiedy my leżymy obok same, nie chodzi o pytanie dlaczego właśnie ja, chodzi o pytanie co dalej. Trzymam za Was kciuki, żeby dalej było już tylko lepiej, żeby te początki były najgorsze, a dalsza droga okazywała się nie tak trudną, jak się wydawała.
Podziwiam także Was rodzice bliźniąt, trojaczków. Faktem jest ogromne szczęście, ale czasem jest mi ciężko z dwójką w różnym wieku, a co dopiero Wam, kiedy macie maleństwa, które różnią minuty. Chętnie przyjmę Waszą radę, poczytam Waszą historię, bo jesteście kimś od kogo można czerpać wiedzę, jak sobie radzić. Dajecie z siebie bardzo wiele, gratuluję!
Piszę o Was rozpoczynając od dużych liter, jak można inaczej, jesteście bohaterami, jeśli nie dla innych dookoła, to na pewno dla Waszych maluchów, a jeśli nie dziś, to kiedy sami zostaną rodzicami, tak, jak Wy dziś nimi jesteście zrozumieją i docenią. Ja podziwiam Was teraz.


wtorek, 15 grudnia 2015

Mikołaj

Znowu tu jestem, chociaż nie wiem na jak długo. Chciałam i teraz chciałabym się podzielić różnymi sprawami, ale przynajmniej o części tego, co już za mną może lepiej nie pisać? Ale na pewno chcę kogoś przedstawić. 17 września w ICZMP w Łodzi przyszedł na świat Mikołaj Stasiek Grudziński, cud i ogromne szczęście.
Mikołaj ma już prawi trzy miesiące i podbił nasze serca bez mrugnięcia okiem.
Nadchodzą święta, których na razie jakoś nie czuję, może za dużo się działo, może za dużo przede mną, a być może jeszcze odkryję ten cudowny nastrój, chociaż już najprawdopodobniej nie na tyle, aby się nim dzielić tutaj. Może zacznę pisanie od cukrzycy ciążowej, która była dla mnie szokiem, a do której z czasem się przyzwyczaiłam i nauczyłam się żyć z układaniem posiłków, wstrzykiwaniem insuliny i ciągłymi wizytami u diabetologa. Może zahaczę o karmienie, które nie zapowiadało się rewelacyjnie, a może dotrę do porodu w ICZMP, który zaskoczył mnie ogromnie. Cały ten rok był pasmem zaskoczeń...

poniedziałek, 18 maja 2015

Kocyki w wyprawce - moja top lista

Uwielbiam wszelkie kocyki, pościele, poduszeczki,poszeweczki itd., natomiast wybieranie akcesoriów dla malucha to dla mnie niewyobrażalna frajda. Kiedy połączymy jedno z drugim powstaje nieopisana przyjemność. Ostatnio przejrzałam chyba wszystkie kocyki dostępne na allegro, a oprócz tego wiele w przeróżnych sklepach internetowych. Wachlarz cen jest bardzo szeroki, na szczęście nie zawsze to, co z górnej półki cenowej wpadło mi w oko najbardziej. Ulubieńców mam kilku:
Zdecydowany dla mnie numer jeden kocyki marki Babyono:
Kocyk dwustronny BĄBELKI z mikrofibry


Kocyk dwustronny z mikrofibry
 źródło
Cena na stronie producenta 39.99zł, oraz 38.99zł zależnie od wzoru
Szczególnie w oko wpadły mi dwa powyższe modele. Obydwa rodzaje miękkie i dwustronne, a przy tym uwielbiam za sam wygląd. Dodając do tego całkiem przyjemną cenę uzyskujemy fantastyczne kocyki.

Numer drugi w moim topie to fantastyczne produkty  ze strony Misz-Masz, gdzie sami możemy wybrać wzór i zamówić realizację projektu, a ponadto wziąć udział w aukcjach rewelacyjnych produktów hand-made. Sama dzięki aukcji stałam się właścicielką ślicznej poduszki z dodatkiem minky i moimi ulubionymi sowami oraz czapeczki. Wystarczy wylicytować cenę, jaką jesteśmy w stanie zapłacić za dany produkt i nie pozwolić się przebić. Wierzę, że to nie ostatnie moje zakupy, już planuję kolejne zamówienia.


źródło
A oto i Paweł z poduszeczką, dziełem pani Kasi, zdjęcie robione wieczorem pozostawia wiele do życzenia, ale widać jak ją uwielbia:


Kolejny kocyk, taki, w którym ja osobiście się zakochałam, natomiast w cenie już nie koniecznie:

Kocyk La Millou Niemowlaka Liski-Opal
źródło
Powiem tak, komu nieco wyższe ceny nie straszne polecam stronę, kocyki oraz wiele innych produktów czekają, a wiele z nich naprawdę chciałoby się przygarnąć.

Jeżeli kogoś nie przekonała żadna z powyższych opcji może wybrać kocyk spersonalizowany, opatrzony imieniem dziecka, czy też metryczką. Na przykład taki:


źródło
Zdecydowanie można skorzystać z niego jako prezentu dla malucha. Dostępne wiele wzorów i kolorów.

Opcji jest cała masa, możemy wybierać w mnogości materiałów i rozmiarów, a ponadto mamy jeszcze możliwość zakupu kocyka-pluszaka
Miękki Kocyk maskotka przytulanka poduszka ZA0724
źródło
Kocyki tego rodzaju znaleźć można w wielu przeróżnych wersjach, z maskotkami dołączonymi na stałe do kocyka, czy też takimi, które służą jako klips przy składaniu go, a po rozłożeniu są osobną maskotką. Z własnego doświadczenia nie powiem, czy się sprawdzają i czy cieszą, chociaż pewnie tak, jednak ja tego rodzaju kocyk skierowałabym nie dla noworodka, ale niemowlaka, którego już takie rzeczy interesują, a większe rozmiary idealne dla przedszkolaka. Paweł przez dłuższy czas korzystał z poduszki-pieska i był z niej bardzo zadowolony, sądzę, że taki kocyk także byłby jego ulubieńcem.
Jeśli korzystaliście z czegoś fajnego, macie inne propozycje świetnych kocyków chętnie dowiem się jakie.

środa, 13 maja 2015

Bo po co komu prywatność?

Z jednaj strony prowadzę bloga (fakt ostatnio mało owocnie), z drugiej mam konta na Facebooku i NK, chociaż z tego drugiego praktycznie nie korzystam. Co jakiś czas dodam jakieś zdjęcie, ale wydaje mi się, że mimo wszystko zachowuję swoją prywatność na jakimś poziomie. Niektóre blogerki uważam za bardzo odważne, chodzi mi głównie o te, które dzielą się pewnymi faktami ze swojego życia, żeby na przykład pomóc innym swoją historią. Znam takich kilka, jedną cenię przede wszystkim i chociaż zamieszcza fakty bardzo osobiste, to wydaje się to takie naturalne, że nie przyszłoby mi do głowy by mogła postąpić inaczej. Ale są i takie, które bez większego sensu wywlekają historie dotyczące rzeczy niezwykle osobistych opatrując je swoją podobizną, a przy okazji zdjęciami całej rodziny. Przyznaję, że czasem może i sama chciałabym powiedzieć więcej, napisać to, czy tamto, ale biorąc pod uwagę, że nie jestem anonimem, a internet to miejsce gdzie ślad i tak pozostanie wstrzymuję się z napisaniem tego czy tamtego. Zastanawia mnie fakt dodawania na portalach społecznościowych zdjęć maluchów przy kąpieli, czy równie golusieńkich przy zabawie np. w baseniku. Po co to? Komu to? Przepraszam, bo nie rozumiem, nawet jeśli takowe zdjęcia synka w domu mam to czemu miałabym się nimi dzielić z całym światem. Mam je wstawić jako pożywkę dla pedofilii? A może lepiej dodać i poczekać, aż dziecko samo powie, że narobiliśmy mu "wiochy", że na naszą stronę, czy w nasz profil wchodził ten czy inny kolega, czy koleżanka.
Ogólnie nie mam nic przeciwko dodawaniu zdjęć USG, ale sama bym tego nie zrobiła. Dla mnie to bardzo prywatna rzecz, która ma ogromne znaczenie. Nie zamieściłabym zdjęcia swojego jeszcze nienarodzonego dziecka na portalu społecznościowym. Nie wiem dlaczego miałabym to zrobić, z radości i chęci podzielenia się nią mogę zwyczajnie to napisać. Chyba, ze chodzi mi o ilość lajków, fakt pod foto będzie ich więcej. To, że dla mnie to zdjęcie jest piękne, cudowne i mogę oglądać je godzinami nie znaczy, że reszta świata podziela ten fakt i zachwyt i chce oglądać małego "potworka" w jakości 4d. Wybaczcie za to stwierdzenie, ale dla niezakochanego po uszy w tej buźce tak to właśnie zazwyczaj wygląda.
Jako anonim pewnie poruszyłabym wiele innych tematów, które mi leżą, o wiele łatwiej to zrobić nie firmując tekstu swoją twarzą. Myśląc o założeniu bloga zdecydowałam się na taki, a nie inny, na blog, gdzie każdy widzi na zdjęciach mnie, męża czy synka i uważam, że nie fer wobec nich obydwu byłoby pisanie o pewnych sprawach. Momentami i tak czułam, ze jestem gdzieś na granicy tego, co chciałabym, żeby było firmowane w sieci moją twarzą, ale są takie momenty, że czuję, że muszę się podzielić czymś co jest dla mnie ważne, co może chcę z siebie wyrzucić i mam nadzieję, że chociaż to jest osobiste, to nikomu z moich bliskich "puszczenie" tego w sieć nie zaszkodzi (jak w przypadku posta świątecznego).
Nie wiem, czy to moda promowana przez celebrytów na sprzedaż wszystkiego, co tylko można począwszy od rozbieranych sesji na zdjęciach z porodówki, czy szczegółowych opisach pożycia seksualnego kończąc ma aż taki wpływ na wiele osób, że dla większej liczby wejść czy lajków podzielą się wszystkim, choćby i nie prawdą byleby temat sprawił, że na chwilę, a może chwilę dłużej staniemy się top. Czyżbym nie była na tyle odważna, a może wychowana w podejściu, że wielu rzeczy zwyczajnie nie wypada, a może nie umiem się odnaleźć w nowej rzeczywistości? Sama nie wiem, ale pocieszające jest to, że jest jeszcze wiele takich, które pewnych granic nie przekraczają, nie wliczając w to oczywiście tych, które dzielą się swoimi osobistymi przeżyciami z poczucia misji, jak wspomniałam to już wyżej.
W przypływie chwili publikuję tekst, bo nie wiem czy za prę minut nie stwierdzę, że po co, dlaczego, lepiej nie pisać.

wtorek, 12 maja 2015

Kotlety siekane z kurczaka

Po pierwsze przyznaję, że uwielbiam zgrzeszyć niekoniecznie zdrowym jedzeniem typu frytki i cola. A do frytek najczęściej kurczak, w przeróżnych postaciach. Paweł stawia na gyros, Mirek woli kotlety z piersi, a ja wszelkie nowości. Kotletów siekanych już co prawda próbowałam i szału nie było, okazały się niedosmażone w środku, tak, że musiałam nadrabiać opiekaniem w piekarniku już usmażonych kotletów. Tym razem spróbowałam z wersją podstawową, bez żadnych pieczarek itd. Udało się i pewnie wrócę nie raz do tego przepisu, bo obiad przygotowuje się tym sposobem na prawdę migiem.
Składniki:
  • pojedynczy filet z piersi kurczaka,
  • 1 jajko,
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej,
  • 1 łyżka majonezu (użyłam Kielecki),
  • sól,
  • pieprz,
  • ulubione przyprawy (w moim przypadku czosnek granulowany, papryka słodka, tymianek)
Mięso pokroić w kostkę, moje kawałki miały po około centymetr. Wymieszać w misce z pozostałymi składnikami. Gotową masę smażyć na rozgrzanym oleju przekładając łyżką.

Szybko, niedrogo i bardzo smacznie.

niedziela, 10 maja 2015

Reksio uczy i bawi


Nasza przygoda z Reksiem rozpoczęła się już dawno temu od fantastycznej bajeczki w tv. Na początku ubiegłego roku na półkę przywędrowała książka; "Reksio, Księga Wiedzy". Oboje z Pawłem byliśmy nią szczerze zachwyceni, rozpoczynając od formatu, przez oprawę, na treści ciekawej, do której często wracamy kończąc. Świetna propozycją, która wprowadza dzieci w świat pór roku. W przystępny sposób objaśnia zjawiska przyrodnicze, przedstawia pomysłowe doświadczenia do wykonania w domu, wychodzi daleko poza ramy swoich stron wysyłając nas chociażby do lasu, czy na śnieg, gdzie mamy do wykonania kilka zabaw zaproponowanych na barwnych kartkach. Kiedy dodamy do tego wszystkiego smakowite przepisy, barwne ilustracje otrzymujemy książkę doskonałą. Na pewno każdy kto raz zajrzy wróci do niej jeszcze niejednokrotnie. Sympatycznym dodatkiem jest gra zamieszczona na ostatnich stronach.
Reksio. Księga wiedzy. Ilustrowany przewodnik dla dzieci.
Autorzy: Beata Dawczak, Izabela Spychał
Stron: 96
Cena okładkowa: 29,90 zł
"Reksio. Wielka księga przygód" to kolejna świetna propozycja dla małych fanów telewizyjnej bajeczki o sympatycznym piesku. Tutaj już nie obędzie się bez mankamentu, którym dla mnie niewątpliwie jest miękka oprawa. Niby nic, ale jednak według mnie przy książce tej objętości przeznaczonej dla tak młodych czytelników okładka powinna być jednak twarda. Użytkujemy ją zaledwie od miesiąca, przy czym po każdorazowym przeczytaniu opowieści odkładana jest na półkę, niestety już widać uszkodzenia okładki, niewielkie na razie co prawda, ale z czasem z pewnością będzie gorzej. Za co plusy? Po pierwsze za ilustracje żywcem wyjęte z bajki. Historie są piękne, przystosowane dla małych czytelników, ponadto okraszone morałem. Na początku każdej opowieści znajdujemy przedstawienie bohaterów w niej występujących. Opowiadań w książce jest aż dwadzieścia sześć. Poznajemy wielu bohaterów, a ich zabawne imiona łatwo zapadają w pamięć. Paweł słucha opowieści z zainteresowaniem i jest to jedna z najczęściej wybieranych pozycji obok kultowego już można powiedzieć Elmera, Smerfów, czy Gruffalo.
Reksio. Wielka księga przygód.
Stron: 270
Cena okładkowa: 34,90 zł

wtorek, 21 kwietnia 2015

Dłużej - krócej, cięcie ;-)

Wczoraj nastąpiła wiekopomna chwila, bo aż od października nie obcinałam Młodemu włosów. Kiedy maszynka ruszyła uczucia Pawła były mieszane, ale na szczęście wygrała chęć pozbycia się tego, co wchodziło w oczy (chociaż grzywkę podcinałam sukcesywnie nożyczkami. Żal mi, że nie mam wyraźnego zdjęcia poglądowego jak to było przed cięciem, zwyczajnie nie wpadłam na pomysł, a wszystkie zdjęcia, jakie mamy z ostatniego czasu to plenerówki na których Młody nosi czapkę.
Tak było kilka dni temu:
Akcja "cięcie":


I trochę wiosny ode mnie, bo cieszy mnie przeogromnie, marzę o ciepłych dniach, grillowaniu, ogniskach i wycieczkach.





środa, 15 kwietnia 2015

Aż do śmierci...

Niby to tylko pięć i pół roku od ślubu, tak niewiele i tak bardzo wiele, zależy, jak na to spojrzeć. Ostatnio myślałam o tym, jak wiele par nie przetrwało nawet tyle, czy nawet połowy tego czasu razem. Myślałam od czego to zależy i ile nam jest dane tego wspólnego czasu. Czy czeka nas magiczne "aż do śmierci", czy raczej czas bliżej określony? Nikt tego nie wie i nie mam pojęcia w czym tkwi patent na sukces, na długie lata razem. Ostatnio przeczytałam na jakimś blogu chwytliwy post, o tym, że w związku powinno się dawać drugiej stronie dużo wolności, jeśli się ją kocha i jej ufa. Ok, zgadzam się, ale dalsza część wypowiedzi odnosiła się, do tego, że nie zawsze ten idealny partner pod względem charakteru jest idealny w łóżku i w tej sytuacji powinniśmy sobie pozwalać na seks z kimś innym... Nie wiem, może to kwestia tego, że jesteśmy dopasowani także w tej płaszczyźnie sprawia, że jakoś mnie to bulwersuje? Chyba jednak nie o to chodzi. Zwyczajnie, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny dotykał ciała, które ja kocham, znam każdy jego milimetr, wiem, jak reaguje na każdy dotyk. Miałabym dobrowolnie zgodzić się na zmianę partnera w łóżku i uważać, że wszystko jest ok? Dla mnie to zdrada, jak każda inna. Czy przez to, że ktoś "niby" nie angażuje się w to emocjonalnie ma to być zdrową i normalną relacją, o którą nie powinno się mieć pretensji i zaakceptować? Hej, skoro to jest normalne i ok, to ja jestem jednak nienormalna. Odnośnie tematu przychodzi mi do głowy masa rzeczy, jednak zbyt osobistych, żeby pisać o nich tutaj.
Nie wiem, co będzie kiedyś, nikt nie da mi pewności, że jesteśmy razem na zawsze. Ani ja nie mogę dać takiej pewności mężowi, ani on mnie, może ktoś powie, że nie mam racji, ale było już wiele "idealnych" związków, które się rozpadły. Tak, przyrzekałam "nie opuszczę Cię aż do śmierci", ale to słowa, jak wiele innych i nawet dzisiaj przyznaję, że nie przykładałam do nich jakiejś znacznej wagi. Nie mówię absolutnie, że nie chciałabym, żeby tak było i, że nie dołożę wszelkich starań, tyle, że przecież nie zawsze to wystarcza. Chciałabym, żeby słowo miłość było lekiem na całe zło i wszystkie problemy, tyle, że i odwzajemnione uczucie nie jest panaceum na niezgodności i problemy. Sobie i mężowi mogę tylko życzyć, żeby uczucie nigdy się nie wypaliło, problemy nie narastały i dane nam było zostać swoimi "drugimi połówkami" tak długo, jak to tylko możliwe.

środa, 4 marca 2015

I'm sorry Mr. Grey

Byłam, widziałam i co dalej? A może by tak zacząć od książki, a właściwie całej trylogii, którą przeczytałam głównie z uwagi na to, że film trafił do kin i że stała się ona bestselerem. Co mogę na jej temat powiedzieć? Część pierwszą streściłabym jako "bla, bla, seks, bla, bla, seks, bla, bla", a może nawet więcej seksu, mniej "bla, bla". Sorry, życia mi nie odmieniła, a i w pamięci pewnie długo nie pozostanie. Część druga o wiele lepsza według mnie, powolne otwieranie się Christiana, miłość, problemy z jego eks, czy pracodawcą Any. Na pewno dla mnie jawi się o niebo lepiej niż część pierwsza. Część trzecia - do połowy książki umierałam z nudów, później nastąpiła poprawa, jednak i to mnie nie porwało. Jak się ma pierwsza część "dzieła" do filmu? Dwa tygodnie temu wybrałam się na babski wieczór uwieńczony obejrzeniem "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Nie zjadę filmu. Tu już duży plus. Po seansie rozmawiałam z kilkoma osobami i były w nastrojach od zadowolenia do zachwytu wręcz. Ja zachwytem podzielić się nie mogę. Co wywołał u mnie film? Głównie śmiech. Kilka fajnych tekstów, po których śmiech ogarniał salę. No i przyznaję, Jamie Dornan dla mnie tak właśnie powinien wyglądać Christian Grey. Rewelacyjna mimika z mrocznością w spojrzeniu, kiedy jest to potrzebne, zachwycający dla mnie głos i  dykcja, jakby był stworzony do tej roli i nie oszukujmy się - wizualnie też było całkiem miło. Myślę tylko, że wcześniej czy później pojawi się lektor albo dubbingi to, co dla mnie było niewątpliwie atutem, czyli głosy Any i Christiana zostaną zatarte. Tak czy owak cóż mogę powiedzieć tym, którzy czytali, a nie oglądali? Można zobaczyć i przekonać się, jak wypadło. Tym którzy oglądali, a nie czytali? Można przeczytać, dla pełnego obrazu. Tym, którzy nie czytali i nie oglądali? Gdybym nie przeczytała i nie obejrzała mój świat by się nie zawalił. Ogólnie ani książka, ani film nie należą do gatunku ulubionego. Nie wiem, może, gdybym była dziewicą, która nic nie widziała i niczego nie próbowała przeczytałabym z wypiekami na twarzy. A tak dużą część scen seksu pomijałam, czytając przede wszystkim te, w których Anastasia i Christian przekraczają jego granice bezwzględne, czyli granice jego dotyku. Na koniec po tym wszystkim powinnam napisać "oczywiście na część kolejną do kina się nie wybiorę". Nie powiem tego, bo same nie wiem jak będzie, ale biorąc pod uwagę, że siłą rozpędu przeczytałam całą trylogię Greya i w przypadku filmu pewnie mimo mankamentów skuszę się i kolejnym razem, tym bardziej, że druga część najbardziej przypadła mi do gustu.
 Źródło foto

czwartek, 12 lutego 2015

Mądrości Pawła ;-)

Dzieje się tak wiele, a czas wcale się nie rozmnożył i czuję, że będzie się już tylko kurczył. Dzisiaj też za wiele nie napiszę. A właściwie przekażę tylko mój dialog z Pawłem, a może raczej jego ze mną, po którym byłam w szoku i ten stan lekko się utrzymuje. Było już wiele hitów z jego strony, a dziś kolejny.

Paweł: Mamo, a Ty zrobiłaś ślub z Mirkiem (chodzi o tatę, bo ostatnio Młody zwraca się do wszystkich po imieniu i jakoś stan ten minąć nie chce)?
Ja: Tak, wzięłam ślub z tatusiem.
Paweł: Dlaczego to zrobiłaś?
Ja - po chwili namysłu, pierwsze, co mi przyszło do głowy : Bo mi się podobał.
Paweł: A mnie nie bardzo.

Komentarz z mojej strony chyba zbędny...


czwartek, 5 lutego 2015

Ciąża to nie choroba?

Z medycznego punktu widzenia oczywiście ciąża do chorób nie należy. Ale ogólnie rzecz biorąc, ten tekst słyszy się zanadto często, że aż sens słów całkiem się zmienił jakoby większość matek koloryzowała i dramatyzowała. Przecież kiedyś "kobieta rodziła w polu, wkładała dziecko w chustę i dalej pyry zbierała". Ogólnie nóż mi się w kieszeni otwiera. Niech ktoś mi powie, że matka, która ma nakaz leżenia przez 9 miesięcy, bo każdy wysiłek może się dla dziecka skończyć źle dramatyzuje. Niby faktem jest, że ciąża to nie choroba, ale tak na prawdę ile jest punktów wspólnych pomiędzy jednym i drugim. Niekończące się wymioty i nudności, odbierające ochotę na cokolwiek, zdarza się, że i takie, kończące się odwodnieniem. A może ktoś woli bóle krzyża w bardziej zaawansowanej ciąży, niekończącą się zgagę, opuchnięte nogi. Wszystko jest niczym, przy lęku niektórych matek, szczególnie tych po stracie, o życie dziecka na każdym etapie ciąży, każdego jednego dnia. A później poród, no cudowne, fantastyczne przeżycie, sam lukier, cud, miód, malina. Nie będę wychwalać, jaki to poród był dla mnie metafizyczny i wspaniały, bo zero w tym prawdy, może jakaś bez uczuć jestem, nie wiem, ale nie zamierzam udawać, ze było fantastycznie. Było okropnie, co nie zmienia faktu, że na jednym dziecku poprzestać raczej nie zamierzam, tym co wynagradza ten niewyobrażalny ból jest maleństwo, które przyszło na świat i tylko, albo aż dlatego warto się na to godzić. Szczególnie często faceci mają coś do powiedzenia. Różne teksty, które czasem wydaja im się nawet śmieszne. A ja oglądając jeden z odcinków Kossakowski. Inicjacja., pewnie każdy wie, o który mi chodzi marzyłam o tym, żeby większość facetów podłączono do takiej maszyny wywołującej ból podobny porodowemu. Nie, żebym się na kimś szczególnie zawiodła, bo z męża do chwili obecnej jestem zadowolona w podejściu do tej kwestii, ale spróbować by jednak mogli. Tato odwiedzając mnie w szpitalu, na cztery godziny przed przyjściem Pawła na świat, kiedy maiłam skurcze popatrzył na mnie i stwierdził; "czego się tak krzywisz". Czuję, że czegoś dokonałam. Czegoś ważnego. Niby każda, która zaszła przecież urodzić musi. Niby tak. Ale jestem dumna z tego, jak to się odbyło, z własnej postawy w tej chwili, mam nadzieję, że kolejnym razem będzie przynajmniej nie gorzej.
Gratuluję tym mamusiom, które do porodu pracowały, które nadal uprawiały ulubiony sport, które miały masę siły. Jednak nie rozumiem, czemu niektóre z nich jadą po tych, które na zwolnienie musiały iść od początku. Dla mnie, to, że w sytuacji, kiedy musiały dokonać wyboru, a wskazane było leżenie dokonały go wybierając ponad wszystko dobro dziecka. Wątpię, żeby chciały leżeć plackiem przez kilka miesięcy. Wiem co to znaczy, od początku ciąży wychodziłam jedynie do lekarza i na zjazdy na studiach, ale i z tego się cieszyłam, bo mogłam wyjść do ludzi. Ostatni miesiąc mimo, że ze sporym brzuszkiem był cudowny, miałam masę energii, wreszcie ciąża była praktycznie donoszona i robiłam wszystko, czego nie było mi wolno przez wcześniejsze miesiące. Dopiero ten czas mogłabym nazwać radosnym oczekiwaniem.
Wiem, ciąża to nie choroba, ale po co w koło to powtarzać, kiedy czasem niewiele się od niej różni.
źródło fotografii
38. tydzień ciąży - kalendarz ciąży

piątek, 30 stycznia 2015

Z dziećmi w Świętokrzyskie - część 2

Sprawy rodzinne, powodują, że jest mnie nieco mniej, a być może będzie jeszcze mniej. Dzisiaj udało się znaleźć chwilę napisania czegoś u siebie kosztem czytania innych blogów, ale mam nadzieję, że zdołam jakoś nadrobić, choć nazbierało się tego.
Tym razem wybierzemy się w nieco innym kierunku - mianowicie w stronę dobrze znanego klasztoru na Świętym Krzyżu. Nie ma co się raczej oszukiwać, że to cudowne miejsce stanie się dla naszych pociech jakąś niebywałą atrakcją. Ponadto Pawła osobiście dobiła droga miejsce długa, piesza droga. Kiedy już dotarł tam, gdzie miał się znaleźć nie marudził, zwiedzał. My odwiedziliśmy Klasztor wielokrotnie, różnymi trasami, natomiast Paweł w ubiegłym roku odbył swoją pierwszą wycieczkę. Co jeszcze odwiedziliśmy w okolicy? U podnóża trasy wiodącej z Huty Szklanej na Święty Krzyż atrakcji dla dzieci nie brakuje. Młodego zachwyciło "Babyjagowo". Niewielki to teren, ale znajdziemy tam i łódź wikingów i domek Jasia i Małgosi. Zainteresowaniem Pawła cieszyły się najbardziej: Łódź Wikingów, Domek Baby Jagi oraz plac zabaw.

Na stronie Babyjagowa zjadziemy takie informacje:
" W miejscowości Huta Szklana, przy Ośrodku Jodłowy Dwór powstał innowacyjny projekt pt. „BABYJAGOWO”. Jest to sposób prezentacji walorów kulturowych i historycznych regionu świętokrzyskiego. Pomysłowość widoczna jest w umożliwieniu turystom „zasmakowania” atmosfery niezwykłych atrakcji województwa poprzez ich ożywienie, m. In. Chatka Baby Jagi naturalnej wielkości bajkowa chatka na kurzej stópce ustylizowana żywą osobą Babą Jagą albo jaskinia Zbója Madeja z naturalnego kamienia odtworzona zgodnie z legendami, z żywym Zbójem pilnującym swoich skarbów, śpiącym na czarcim łożu (madejowym).

Będą tu także inne bajkowe elementy i postacie m. In. Domek Jasia i Małgosi, łódź Wikingów i duży plac zabaw i tunel straaaachuuuu.

W „BABYJAGOWIE” będzie się można spotkać ze świętokrzyską czarownicą i spędzić bardzo atrakcyjnie wolny czas. Bo to właśnie położenie, przyroda i natura Gór Świętokrzyskich jest ostoją tradycji, legend i historii jedyną tak bogatą.

„BABYJAGOWO” jest kompleksem budowli z przeznaczeniem z wyeksponowaniem atrakcji turystycznej, ściśle związanej z regionem i będącym symbolem Gór Świętokrzyskich.

Jesteśmy pewni, że to doskonałe miejsce dla wycieczek szkolnych i rodzinnych" 





Kolejnym elementem wycieczki była osada średniowieczna. Fantastyczne miejsce, które zawdzięcza wiele wspaniałym ludziom omawiającym konkretne zawody wykonywane przez ludzi w Średniowieczu. Bardzo miło będę wspominać te odwiedziny. Zainteresowanych zapraszam na stronę osady, gdzie można zwiedzić ją na początek wirtualnie.





więcej o osadzie tu
 Do dyspozycji u podnóża Świętego Krzyża mamy kilka placów zabaw dla dzieci. Skorzystaliśmy też z zaplecza gastronomicznego, a dokładnie mówiąc pięknie urządzonej karczmy na ternie Osady Średniowiecznej. 
Tym razem tyle. Przy kolejnej okazji część trzeci atrakcji.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Nikt mi się nie oprze

O co chodzi? A o świetną propozycję do przeczytania, szczególnie, kiedy mamy gorszy dzień.  "Nikt mi się nie oprze" Phillips Susan Elizabeth przeczytałam "dwoma tchami". Początek trochę mnie zatrzymał, zaczęłam czytać we wtorek i nadmiar poznawanych osób sprawił, że na jakiś czas postanowiłam odpocząć, żeby powrócić do lektury w sobotę. I tym sposobem, w humorze idealnym na czytanie przepłynęłam w jeden wieczór przez 400 kila stron. Książka, jak większość, po które sięgam lekka i przyjemna.
Główną bohaterką jest przebojowa i buntownicza Meg, której nie mogłam nie polubić. Poznajemy ją w momencie przygotowań do ślubu najlepszej przyjaciółki, której to ma być świadkiem, jednak sprawa zaczyna się komplikować, kiedy poznaje Pana Idealnego - przyszłego pana młodego i stwierdza, że nie jest on najlepszym kandydatem na męża Lucy, a ona musi zrobić wszystko, żeby pomóc wyplątać się przyjaciółce z pomysłu małżeństwa.
Czy Meg wreszcie dojrzeje?
Czy Pan Idealny jest na prawdę taki idealny?
Czy Meg uda się wyjść ze starcia z mieszkańcami miasteczka, którzy solidarnie jej nie znoszą i uprzykrzają życie?

Bardzo interesujący okazał się dla mnie wątek realizowania przez burmistrza marzeń i planów całego miasteczka. Nikomu oprócz Meg nie przychodzi do głowy, jak wiele wszyscy od niego wymagają i jak ogromna spoczywa na nim odpowiedzialność.
Nie chcę zdradzać za wiele szczegółów, bo miło jest odkrywać niektóre kwestie w miarę czytania.

"Lucy zamierza wyjść za Teda - absolutny ideał.
Meg zamierza jej przeszkodzić - za wszelką cenę.
Meg, najlepsza przyjaciółka Lucy, wie, że za nic w świecie nie można dopuścić do tego małżeństwa. Ale najwyraźniej nikt poza nią tego nie rozumie. Meg staje się najbardziej znienawidzoną kobietą w miasteczku, gdzie ma się odbyć ślub - i gdzie utknęła z rozlatującym się samochodem i pustym portfelem. Spłukana, zdana tylko na siebie, narażona na wściekłość niedoszłego (i nieodparcie pociągającego) pana młodego jest pewna, że zdoła przetrwać to wszystko. Bo co gorszego może się jej jeszcze przydarzyć? Przecież chyba nie straci głowy dla Pana Nikt Mi Się Nie Oprze..."

Zachęcona recenzjami innych sięgnęłam po książkę i na pewno się nie zawiodłam.


 źródło

piątek, 23 stycznia 2015

Z dziećmi w Świętokrzyskie - część 1

Już jakiś czas zabierałam się do tego tematu i jakoś tak coś stawało na drodze. W końcu się zebrałam i zaczęłam. Paweł uwielbia wycieczki - wiele miejsc już odwiedziliśmy,a wiele jeszcze przed nami, do wielu z nich Paweł już planuje powroty. Wszelkie regiony Polski próbują się jak najlepiej promować i zachęcać do przyjazdu, a Świętokrzyskie jakoś tak odstaje w tym maratonie o popularność. Kiedy latem wybieraliśmy się z Młodym na mały urlop przejrzałam kilka miejsc w innych województwach i ich atrakcje dla dzieci i muszę przyznać, że wielkiego zachwytu nimi nie było. W okolicy natomiast znajduje się tak wiele miejsc, które można zobaczyć z dziećmi i na pewno się tam nie zanudzą, że może i kogoś z was zachęcą do odwiedzin. Zaczynamy od Bałtowa i kiedy tylko znajdę moment przechodzimy dalej.

             Bałtowski kompleks turystyczny

Każdy już chyba słyszał o dinozaurach w Bałtowie. Szczerze powiem, że zastanawiałam się czy Jurapark zrobi na Pawle wrażenie. Zrobił i to jakie! Młody był zachwycony, każdego dinozaura musiał osobiście dotknąć, a ile było przy tym komentowania... Do oceanarium też podeszłam sceptycznie, bałam się, że trójwymiarowe obrazy go wystraszą, nic bardziej mylnego, natomiast jeżeli chodzi o inne dzieci ręki sobie uciąć nie dam. Kilka chwil spędziliśmy też na placu zabaw. Zwiedziliśmy zwierzyniec dolny, żałuję, że nie wybraliśmy się na górny, ale wszystko do nadrobienia. Nie byliśmy też w Wiosce Czarownic, bo i tak wycieczka trwała bardzo długo. Pawła zachwycił park rozrywki. Ceny przystępne a atrakcji dla mniejszych i większych mnóstwo.
Poniższe zdjęcia pochodzą z tej strony: źródło Zapraszam do jej odwiedzenia zainteresowanych miejscem.

Loading...
Loading...
Loading...
Loading...
Loading...

Loading...Loading...