poniedziałek, 12 stycznia 2015

Poprzedni blog w pigułce

Pisałam na początku, że nie jest to mój pierwszy blog. Poprzedni założyłam w lipcu, nie do końca wiedziałam co pisać, jak pisać i od czego zacząć. Po kilku tygodniach przestałam pisać, a po jeszcze kilku zapomniałam hasła i tak w listopadzie zaczęłam wszystko pod nową nazwą i z nowymi mam nadzieję lepszymi pomysłami. Tak czy owak, parę rzeczy tam również mi się podobało, dlatego wkleję je i tutaj.
Kuchennie:









'






'

Książkowo:

"Skąd się biorą dzieci?"

Po pierwszym spojrzeniu na okładkę pomyślałam: "musimy ją mieć". Tym sposobem jest, ale nie tylko leży na półce, ale też w rękach Młodego, przekładana, przeglądana na wszelkie możliwe sposoby. Ostatnio zastałam go z książką siedzącego nie inaczej, a na stole! dostał całkiem nowiutki zakaz wchodzenia na stół, ale zdjęcie zrobiłam i tak.

Ale wracając do książki autorem jest Marin Brykczyński, a ilustrowała notabene moja ulubiona Iwona Cała. Na naszej półeczce wydanie I w Wydawnictwie Literatura, książeczka w tym wydaniu podoba mi się o wiele bardziej, chociaż przyznać muszę, że poprzednia wersja dzięki raczej dostanym ilustracjom była dla dziecka mniej abstrakcyjna. W tej chwili obrazki, przepiękne według mnie, takie nawet rzec by można romantyczne nie do objaśniają nam treści tekstu tak, jak to było w poprzedniej wersji.
Tekst książeczki jest wierszowany i szybko wpada w ucho. Całość napisana delikatnie, do tego stopnia, że zdecydowałam się na zakup dla trzylatka. ale była to decyzja ze wskazaniem na przyszłość, po przeczytaniu zmieniłam plany i podałam ją Młodemu od razu. Treść mówi prawdę o tym skąd biorą się dzieci, a jednak nie razi słownictwem, które byłoby nieodpowiednie dla dziecka w pewnym wieku. Mimo fali komentarzy, jakoby dziecku powinno się pewne rzeczy nazywać po imieniu i nie wstydzić się nagości, ja jestem zdania, że fakt, dziecka nie należy oszukiwać bzdurnymi historyjkami o bocianach i innych takich (chociaż ze świętego Mikołaja nie zrezygnowaliśmy), natomiast podać mu to w sposób dostosowany do jego wieku i ubrany w słowa również do niego adekwatne. Tu mamy wszystko, czego potrzeba: odpowiednia treść, rewelacyjne ilustracje, twarda oprawa, którą zwykle też uważam za ogromny plus i strony z gatunku raczej grubszych.
Cena okładkowa książki: 19.90 zł
Pozycję polecają:  www.qlturka.pl www.parenting.pl  www.cudanakiju.pl  www.dzieciwlodzi.pl www.maluchy.pl www.czasdzieci.pl

Pan Pierdziołka, czyli nieco o naszym przyjacielu

O serii powtarzanek i śpiewanek było już recenzji bardzo wiele, ale nie mogę sobie odmówić przyjemności dorzucenia swoich trzech groszy, bo Paweł i ja przepadamy za tymi sympatycznymi książeczkami. Nasza wspólna przygoda rozpoczęła się od części drugiej, a po około dwóch miesiącach dotarły pierwsza i trzecia. Zdecydowanym faworytem Pawła jest część trzecia ze względu na piosenki, którymi mnie torturuje, bo od jakiegoś czasu nie ma wieczoru, kiedy nie przyniósłby tej i jeszcze jednej piosenki i nie rozkazał śpiewania.
Ja uwielbiam część drugą, ale wszystkie chętnie czytamy i nie mniej chętnie wygłupiamy się przy nich.
Książeczki wydane rok po roku począwszy od roku 2012 do 2014 i mam nadzieję, że na tym nie koniec. Ilustracje w każdej części popełniła Kasia Cezary i właśnie one proste, zabawne, dziecięce, nietypowe wnoszą bardzo dużo. Wybrane do druku rymowanki i powtarzanki pozwalają mi powrócić  do moich lat dziecięcych, momentami mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Niemal wszystkie teksty łatwe, lekkie, przyjemne, momentalnie wpadają w ucho. Żeby nie było tak całkiem kolorowo to jedna z rymowanek w pierwszej części i jedna w drugiej wydają mi się zbyt ciężkie, niesmaczne i pomijam je przy czytaniu. "Sny i tobołki pana Pierdziołki" podzielone są na trzy części składowe, a nie jak dotąd na dwie i właśnie ta trzecia część nie przemawia do mnie kompletnie, ale to tylko moje osobiste zdanie. Tak czy inaczej wydane przez Zysk i S-ka Wydawnictwo książeczki mają zasłużone miejsce na naszej półce. Gruby papier, ilustracje na całą stronę i to jakie ilustracje, zalety serii można wymieniać bez końca.








Cena okładkowa 14 zł.

Gębolud

Gdzieś w sieci natknęłam się na jedno ze zdjęć wnętrza książeczki o nieco strasznym, nieco zabawnym czarowniku Gęboludzie. Na zdjęciu jakiś pan w ogrodniczkach, mała dziewczynka z zielonymi włosami siedzą przy stole zajadając się jakimś ciastem i to, co mnie urzekło - filiżanki. Zastawa bardzo podobna do tej którą mam na półce i nie dosyć tego, to jakby żywcem wklejona w malowany obrazek. Musiałam ją kupić nie czytając żadnej recenzji od razu zamówiłam, dla obłędnych filiżanek i spodeczków.
Tak oto w naszym domu pojawił się "Gębolud". Książka napisana przez Roksanę Jędrzejewską-Wróbel i nietuzinkowo zilustrowana przez Agnieszkę Żelewską, a wydana przez wydawnictwo Literatura. Strony wykonane z grubego papieru, nie numerowane, zachwycają ilustracjami znakomicie oddającymi nastrój tekstu. Książeczka opowiada historię czarownika, który próbuje zagłuszyć swoje marzenia mimo ogromnej chęci ich realizacji. Dzięki pięknie i przystępnie dla małych czytelników napisanej treści dowiadujemy się, że sami możemy wiele, ale z pomocą innych możemy zdziałać niemal wszystko.
Przemiana tytułowego Gęboluda zaczyna się w nim samym, a obejmuje całe jego otoczenie. Dzięki pomocy Pyzatej odnajduje prawdziwego siebie, właśnie takiego, jakim zawsze podświadomie chciał być i wreszcie może odciąć się od stereotypu złego czarownika. Miła historia z odrobiną humoru i cudownymi bohaterami; Gęboludem, Hortensją i Pyzatą.
Cena okładkowa książki: 16.90 zł Piękne wydanie w twardej oprawie.

Książki z serii Pojazdy

Pawła nieszczególnie interesowały książki, to znaczy interesowały - lubił je gryźć, wyrywać kartki, mazać po nich. Miał wiele różnych pomysłów na temat co zrobić z książką, byle tylko jej nie przeglądać, a najgorszym możliwym koszmarem była opcja, gdzie ktoś książkę mu czyta.Nie wiem, może to moja wina, może za późno zaczęłam oswajać go z książką, tak czy owak do jej fanów długo nie należał. Pewnego dnia przypadkowo w księgarni natknęłam się na książkę z serii "Pojazdy" wydaną przez wydawnictwo Skrzat. Nosiła tytuł "Pojazdy na ratunek" skusiła mnie ponieważ młody zachwycony był w owym czasie strażakami i wszystkim, co ich dotyczy. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, który sprawił, że Młody wreszcie zmienił swoje nastawienie do książek.
Szybko kupiliśmy kolejną z serii "Pojazdy na wsi". Książeczek z serii jest kilka. Na pierwszy rzut oka zachęcają twardą, porządną oprawą, twardymi stronami i kolorowymi ilustracjami. Po przeczytaniu jest już tylko lepiej. Proste, rymowane opisy maszyn, krótkie, ale rzeczowe. Mali chłopcy z pewnością polubią tę serię. Z tyłu książeczki pokazane są okładki pozostałych tytułów serii. Podejrzewam, że nie tylko Paweł wskazywał palcem po przeczytaniu książeczki, że chce pozostałe - wszystkie pozostałe. Rymowanki są naprawdę proste, szybko wpadają w ucho, a u nas są już nawet śpiewane, póki co przez mamę, jak rozkazał Młody, ale pewnie sam też w niedługim czasie zechce. Mimo upływu czasu nadal są jednymi z najczęściej zdejmowanych z półki.

2 komentarze:

  1. Ja tu siedzę głodna w pracy, a u Ciebie same pyszności.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Częstuj się ;-) Chociaż ja najchętniej zjadłabym mix sałat z tuńczykiem, a Paweł ma ochotę na tort ;-) Z samochodem i świeczkami najlepiej ;-)

      Usuń