poniedziałek, 28 grudnia 2015

Witaj cukrzyco - żegnaj spokoju

Zawsze wydawało mi się, że w cukrzycy najgorsze jest podawanie sobie insuliny. "Coś okropnego" - myślałam i byłam przekonana, że sama za skarby świata nie byłabym w stanie sobie jej zaaplikować. Życie, jak zwykle wszystko zweryfikowało, mało tego, że cukrzyca przyplątała się nieproszona, to okazało się, że absolutnie nie iniekcje były moją najgorszą zmorą.
W ciąży z Mikołajem ogólnie czułam się znacznie gorzej. Proste sprawy na które w ciąży z Pawłem nie zwracałam uwagi i wykonywałam machinalnie stały się nie do przebrnięcia. Już pod koniec kwietnia uskarżałam się lekarzowi prowadzącemu na to, że jest mi ciężko dotrzeć na wizytę. Po drodze musiałam się zatrzymywać kilkakrotnie, bo było mi słabo. W poprzedniej ciąży na trzy dni przed porodem, z ogromnym brzuchem wytrzymałam godzinę w kościele, teraz nie chodziłam tam wcale. Kilka minut i ledwie pełzłam zielona na twarzy poszukując na zewnątrz miejsca by usiąść i złapać oddech. Ginekolog od razu podejrzewał cukrzycę, z testem obciążenia kazał jednak zaczekać.
Im dalej tym czułam się znacznie lepiej, dolegliwości znacznie się zmniejszyły i kiedy odbierałam wynik testu obciążenia glukozą byłam niemal pewna, że wszystko jest OK. Czym miałam się przejmować, przecież byłam już w ciąży i żadna cukrzyca mnie nie dopadła, a i samopoczucie było już znacznie lepsze. Wynik nie budził zastrzeżeń, cukier na czczo 67, czyli nawet poniżej normy, ale za to cukier po godzinie i po dwóch ponad normy. Nie było to jakoś bardzo wiele ponad normę, ale jednak, wyciągnęłam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu i już za dwa dni zgłosiłam się do poradni diabetologicznej.
Od razu dostałam glukometr, na początek bez recepty na paski, których cena była powalająca, książeczkę, w której miałam zapisywać pomiary, pobieżne zalecenia dotyczące diety i instrukcje korzystania z tych wszystkich dobrodziejstw, z tym, że przy wymianie lancet i tak korzystałam z instrukcji na You Tube.
*Glukometr i paski na zdjęciu nie są tymi, których używałam podczas ciąży

Tak upłynął mi tydzień, dziwny tydzień, kiedy okazało się, że mój organizm szaleje podnosząc niebotycznie poziom glukozy we krwi po każdym możliwym pieczywie. Szukałam wyjścia, eliminowałam, chociaż czasem okazywało się, że coś, co podnosić cukru nie powinno windowało go w górę, a inny produkt teoretycznie niewskazany trzymał go na prawidłowym poziomie. W czerwcu, kiedy truskawki kusiły, czereśnie wołały do mnie "jedz nas" mnie pozostawało patrzenie i zastanawianie się jak to możliwe, że w czasie, kiedy powinnam spełniać swoje zachcianki ja muszę zrezygnować nawet z tego, czym do tej pory mogłam raczyć się do woli. Tydzień minął, poznałam uroki kucia się kilka razy dziennie, odliczania kalorii i planowania każdego posiłku. Zaprzyjaźniłam się z glukometrem i zaczęłam walczyć z pojawiającą się już kilkakrotnie w ciągu tych paru dni hipoglikemią, która mogła być dla malucha gorsza, niż wysoki poziom glukozy. Niedocukrzenie u mnie nie pojawiało się powoli, dając pierwsze nikłe objawy, zjawiało się nagle i momentalnie prawie nic nie widziałam, po około pół godziny od podniesienia poziomu cukru zaburzenia wzroku ustępowały, ale strach o dziecko pozostawał.

Na kolejnej wizycie dostałam receptę na paski, oraz na paski do mierzenia obecności ketonu w moczu, który mógł świadczyć o niedożywieniu. Keton faktycznie pojawił się 6 razy, przy czym raz w towarzystwie zbyt wysokiego poziomu cukru, ale to już było nieco później. Katowałam się dietą rezygnując z masy produktów, a cukier mimo wszystko robił swoje i tak oto 16 lipca musiała zaprzyjaźnić się z kimś jeszcze, kogo panicznie się obawiałam, pojawiła się insulina. Początkowo w niewielkich dawkach do śniadania, do kolacji i długo działająca podawana o 22:00, która miała unormować glukozę na czczo. Dawki powoli się zwiększały aż do końca ciąży, na szczęście pozostając przy przyjmowaniu tylko trzy razy.
Pierwsze ukłucie - dziwne uczucie, bierzesz igłę i wbijasz w ciało, później okazuje się, że wcale nie jest tak źle, okazuje się nawet, że przy umiejętnym podaniu wstrzyknięcie boli mniej niż ukłucie palca do badania, chociaż palce po miesiącu kłucia minimum 6 razy każdego dnia też przestały cokolwiek odczuwać. W końcu okazało się, że dieta była dla mnie znacznie większym ograniczeniem niż stosowanie insuliny. W ciągu całej ciąży moja waga zwiększyła się o 4 kilogramy, przy czym Mikołaj ważył 3,800 gram.

Grunt to dobry diabetolog i nie przejmujcie się, jeżeli i was to dopadnie. Jeśli ktoś miałby kiedyś jakiekolwiek pytania chętnie opowiem.

6 komentarzy:

  1. Oj kochana, współczuję!!!!! Mnie ciąża nie przyniosła żadnych "skutków ubocznych", ale długo się o nią starałam, tłumaczę więc sobie, że to byłą moja nagroda! Teraz nie moge mieć drugiego....
    Cóż, życze Ci dziewczyno byś dała sobie radę z tym paskudztwem, szkoda, że coraz więcej dziewczyn pisze, że ma z tym problemy :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko można znieść, byleby tylko maluch był zdrowy. A co do adopcji, to podejrzewam, że gdybyś nie maiła córeczki pewnie zdecydowałabyś się mimo obiekcji, ale całe szczęście, że masz upragnione dziecko, chociaż wiem, że miłości i cierpliwości starczyłoby Ci dla niejednego ;-)

      Usuń
    2. Gdybym nie miała Izy to ani chwili bym się nie wahała, a tak....jest więcej do przemyślenia :) Ona marzy o rodzeństwie a ja o tym, by przeżyć to wszystko po raz drugi :)

      Usuń
  2. i ja słyszałam ostatnio o cukrzycy w ciąży, ale nie zdawałam sobie sprawy, że dziewczyna ma poważne problemy. Bardzo pozyteczny Twój post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O istnieniu wielu problemów nie zdajemy sobie sprawy dopóki nas nie dotkną i życzę sobie i Tobie, aby wszelkie przykrości omijały nas z daleka.

      Usuń
  3. No to nie zazdroszczę Kochana, byłaś dzielna. Ja mam zawsze lęki przed ukłuciem w palec i szczerze mówiąc wolę kłucie w brzuch.

    OdpowiedzUsuń