czwartek, 14 stycznia 2016

Z kuchni babci - goły

W internecie znalazłam masę przepisów na coś podobnego do tego, co chciałam odtworzyć. Najczęściej potrawy te nosiły nazwę kartacze albo cepeliny. Ja z dzieciństwa pamiętam jeszcze robione przez już wtedy leciwą babcię goły. Najczęściej nie były one nadziewane, podawane ze skwarkami, albo z ryżem gotowanym na mleku. Ja uwielbiałam te krojone na mniejsze kawałki i odsmażane następnego dnia. Dzisiaj wreszcie zdecydowała się zrobić je sama i chociaż trochę czasu mi to zajęło, to efekt przypominał właśnie tamte goły z dzieciństwa.

Składniki:
  • 3kg ziemniaków
  • boczek 

Ziemniaki obieramy, 1 kg gotujemy do miękkości w mocno osolonej wodzie. Ostudzone przeciskamy przez praskę. Pozostałe ziemniaki ścieramy na tarce o drobnych oczkach. Utarte ziemniaki dokładnie odciskamy. Ja w tym celu użyłam porządnej tetrowej pieluchy. Czekamy aż odciśnięty płyn się ustoi. Delikatnie odlewamy płyn. Ziemniaki przeciśnięte przez praskę, utarte i odciśnięte oraz skrobie pozostałą na dnie miski łączymy i mieszamy. Z dokładnie wymieszanej masy formujemy niewielkie wałeczki i gotujemy kilka minut od wypłynięcia w osolonej wodzie. Podajemy ze skwarkami.

środa, 13 stycznia 2016

Jakie ubranka królują w szafie Mikołaja

Nie wiem czy to źle, czy dobrze, ale od kiedy urodził się Mikołaj, a może nawet kiedy była w ciąży znienawidziłam śpiochy i pajacyki. Do spania zakładam maluchowi półśpioszki i bodziaki, a w ciągu dnia najczęściej body i dresy, chociaż i eleganckie koszule i spodnie też znajdą się w jego wcale nie małej garderobie. Każdy mówi, że mając drugie dziecko tej samej płci jest już o wiele łatwiej, bo przecież pozostają ubranka po starszaku. U nas prawda jest zgoła inna. Większość ubranek po Pawełku raz nie zgrywa się porą roku (Mikołaj wrzesień, Paweł kwiecień), dwa mają zupełnie inną urodę i pasują im inne rzeczy i inne kolory, trzy część ubrań zwyczajnie już mi się nie podoba. Oczywiście kupując rzeczy dla chłopaków mam swoje ulubione. Muszę przyznać, że chociaż zachwycają mnie niektóre ubranka z Zary Mikołaj póki co nie ma ani jednaj rzeczy tej marki. Hitami w naszej szafie są:


  1. F&f - najwięcej ubranek malucha jest pod znakiem tej właśnie marki. Co ciekawe dodam, że nie tylko jeśli chodzi o zakupy dokonywane przeze mnie są one numerem jeden, ale także zdecydowanie biją na głowę wszystkie inne w kwestii otrzymywanych prezentów. Jak dla mnie są całkiem dobrej jakości, tam gdzie mamy do czynienia z zapięciami na napy są one solidnie wykonane. Nie zdarzyło mi się do tej pory by jakieś ubranko straciło kolory, zmechaciło się. Jedyne do czego mogę się ewentualnie przyczepić, to rozciąganie po praniu niektórych ciuszków, ale to też w kilku przypadkach. Na zdecydowaną korzyść tej marki przekłada się to, że zwyczajnie do Tesco mam póki co blisko, a lubię dotknąć, zobaczyć na własne oczy. Podobają mi się wzory, kolorystyka, mówią do mnie "kup mnie", co rzadko za to mogę powiedzieć o ubraniach dla dorosłych tej marki. Poza tym o ile dla mojego M kupuję tam jakieś koszule czy spodnie, tak na mnie najczęściej wszystko jest za duże. Tak czy inaczej ciuchy dla chłopaków bardzo lubię tam kupować.
  2. H&M - tutaj sprawa jest nieco bardziej złożona, bo ubranka tej firmy kupuję, kiedy faktycznie chcę coś kupić, a nie kiedy natknę się na nie przy wizycie w sklepie po coś zupełnie innego. Zamawiam głównie w sklepie online, tym bardziej jest to zachęcające zważywszy na to, że cena wysyłki za pobraniem to niecałe 6 złotych. Ubrania są rewelacyjne, jestem zadowolona z jakości, jak i z dostępnych wzorów, w których Mikołaj wygląda jak dla mnie fantastycznie. Psują mu zarówno kolory, jak i fasony, czego nie mogę powiedzieć o Pawle, któremu szczególnie do twarzy w żywych nasyconych barwach, a tych tam jednak zdecydowanie mniej.
  3.   Pepco - często kuszą mnie dostępne tam ubranka, szczególnie te niemowlęce. Ciekawe wzory, bardzo fajne kroje ubranek, duża różnorodność. Niestety nie jestem już tak zachwycona jakością, czasem udaje mi się kupić coś fajnego, nie mogę się jakoś szczególnie doczepić do body, ale niestety już półśpioszki, które mój M zakupił Mikołajkowi kiedy jeszcze leżałam w szpitalu są na tyle zmechacone, ze po kilku użyciach mogą tylko lądować w piecu, to samo niestety tyczy się często ubrań kupowanych Pawłowi. Tak czy inaczej ich też mamy w szafie całą masę.
  4. Ubranka handmade - te lubię szczególnie. Najczęściej zamawiam wybierając konkretny materiał i dodatki jeszcze przed uszyciem. Cieszy mnie fakt, że robione są z myślą o moich dzieciakach i najczęściej są jedyne w swoim rodzaju. Ostatnio odnalazłam panią, która całkiem niedaleko tworzy prawdziwe cuda. Jestem nimi zachwycona i już myślę o kolejnych zamówieniach.

wtorek, 12 stycznia 2016

Sałatka pieczarkowa


Spróbowałam wielu sałatek, które mają w składzie pieczarki, jednak kiedy mówię sałatka pieczarkowa - myślę konkretnie ta właśnie, a nie inna sałatka pieczarkowa. Nie zawiera wielu składników, ale smak do mnie przemawia, jak żadnej innej sałatki z pieczarkami.

Składniki:
  • 1 kg pieczarek
  • masło
  • 7 jajek
  • 3 jabłka
  • puszka kukurydzy
  • puszka groszku
  • duży por
  • mały majonez (u mnie jak zawsze Kielecki)
  • pieprz i sól
 
Pieczarki kroimy w kostkę, dusimy na maśle aż do odparowania tłuszczu. Jajka gotujemy na twardo, kroimy w kostkę. Jabłka obieramy, pozbawiamy gniazd nasiennych, kroimy również w kostkę. Pora kroimy w drobną kostkę, sparzmy. Wszystkie składniki mieszamy, dodajemy majonez, pieprz i sól.
Ja zawsze robię podwójną porcję ;-)

wtorek, 5 stycznia 2016

Chrzciny w domu, czy w lokalu?

Za nami jedno z najważniejszych (chociaż on jeszcze o tym nie wie) wydarzeń w życiu Mikołaja, a mianowicie chrzest. Z wyborem daty trafiliśmy akurat na najtęższe mrozy, co przepowiedziała 2 miesiące wcześniej babcia męża, niestety z liczbami w totka już tak dobrze jej nie idzie :-( Druga sprawa, że maluch w piątek wieczorem nam zachorował i po wizycie na pogotowiu skończyło się zastrzykami. Ogólnie mówiąc był komplet: temperatura oscylująca w okolicach minus 20 stopni i zastrzyki dwa razy dziennie. Mikołaj zniósł wszystko nadzwyczaj dzielnie. Zapłakał moment po wejściu do kościoła, by chwilę później błogo zasnąć. Kiedy ksiądz donośnym głosem zwrócił się do niego "Mikołaju, Stanisławie" otworzył oczyska, które przybrały wielkość niemalże monety pięciozłotowej i tak już pozostał prawie do końca chrztu, nawet spora ilość wody wylana na maleńką główkę nie stała się powodem do płaczu. Po chrzcie udaliśmy się na przyjęcie i tu zaczyna się właściwa część tematu.
Chrzest pierwszego syna odbywał się w lipcu, Młody miał wtedy niecałe trzy miesiące i był już karmiony wyłącznie butlą, a co za tym idzie nie uwieszony na matce i zdany tyle na nią, co i na ojca. Przyjęcie przygotowaliśmy w domu, nawet przez moment do głowy nie przyszło mi, że może być inaczej. Tym razem to właśnie ta opcja przez myśl mi nie przeszła. Nie każdy oczywiście się ze mną zgodzi, ale z mojego punktu widzenia, biorąc pod uwagę, że zasmakowałam już i tego i tego stwierdzam, że dla mnie bezapelacyjnie wygrywa przyjęcie w lokalu.
  1. Jak to mówią "wchodzę z torebką, wychodzę z torebką", nie ma masy przygotowań, biegania po sklepach i zamartwiania się, czy wszystkie potrawy wyjdą idealnie.
  2. Większość komentarzy dotyczących przewagi przyjęcia w domu powołuje się na koszty. Stwierdzam, że faktycznie organizacja przyjęcia w lokalu wyniosła nas drożej, natomiast jeżeli ktoś chciałby pozostać przy dwóch daniach głównych i torciku z kawką pewnie cena byłaby bardzo przystępna. Druga sprawa nie wiem jak u was, ja zapraszając gości zazwyczaj ze zgrozą stwierdzam, że zawsze czegoś z zastawy brakuje i zaczyna się maraton po sklepach, bo na przykład sztućce giną u nas w jakiś nieznany, magiczny sposób.
  3. Brak miejsca w domu. Nawet, gdybym chciała w tej chwili nie miałabym gdzie w swoim domu przygotować przyjęcia dla około 20 osób.
  4. Kolejny argument podawany jak sprzeciw wobec imprez w lokalach, to to, ze maluchowi będzie lepiej w domu. Śmiem twierdzić, że zarazki, których tak się większość obawia zostaną przez gości przyniesione zarówno do lokalu, jak i do domu. Miki jest zabierany z nami wszędzie, tak że i nie czuł się nieswojo, nie był nader marudny, a momentami cieszył się, szczególnie, kiedy zagadywały do niego ładne ciocie. Mieliśmy też dla siebie całą salę, gdzie mogłam nakarmić, przewinąć, czy powozić wózkiem Mikołaja, albo po prostu posiedzieć chwilkę w ciszy. 
  5. Jeśli chodzi o matki, które karmią - latanie, przygotowywanie wszystkiego z małym ssakiem to dla mnie ogromny dyskomfort, samo wyliczanie, kiedy przygotować np poszczególne elementy ciasta, żeby wbić się między karmienia nie lada wyczyn.
  6. Można oczywiście zamówić do domu catering, ja ze względu na punkt 3 nie brałam takiej opcji pod uwagę, ale kolejna przewaga przyjęcia organizowanego w lokalu - brak sprzątania i mycia garów po. 
Taki jest mój punkt widzenia, co nie znaczy, że nie poczytam również chętnie, jeżeli ktoś ma jakieś fakty popierające opcję przyjęcia w domu.